środa, 27 lutego 2019

Muzyczna szczepionka "Świadoma niepełnosprawność" #18


W późniejszych latach szkoły podstawowej oraz gimnazjum, czyli przez 6 lat przedmiotu zwanego muzyką uczył nas wybitny nauczyciel, który kładł ogromny nacisk na edukacje w zakresie muzyki klasycznej. W trakcie trwania półrocza na lekcjach grywaliśmy na flecie, rzadko śpiewaliśmy. Pod koniec semestru nauczyciel zapowiadał sprawdzian ze znajomości utworów muzyki klasycznej. Każdy z uczniów miał za zadanie przynieść na lekcję czystą kasetę magnetofonową lub płytę CD, na którą Pan Michał przegrywał nam utwory. Do nagrań dołączona była lista z dokładną nazwą utworu oraz nazwiskiem autora. W domu naszym zadaniem było przyswojenie utworów oraz znajomość ich nazwy. Dokładnie w ten sam sposób przeprowadzony był sprawdzian - nauczyciel prezentował nam fragment utworu, a my musieliśmy podać autora oraz dokładny tytuł. Dla mnie tego typu sprawdziany nie stanowiły problemu. Z uwagi na niepełnosprawność wzrokową zawsze byłam bardziej wrażliwa na dźwięki. Zastanawiam się niejednokrotnie czy osoby z dysfunkcją narządu wzroku posiadają głębszą wrażliwość na muzykę. Odkąd pamiętam muzyka odgrywała bardzo ważną rolę w moim życiu. Zawsze silnie oddziaływała na moje zmysły. Jako osoba o wzmożonej wrażliwości na dźwięk nie przepadam za pewnymi rodzajami gatunków muzycznych, takich jak: rock, hip hop, czy metal. Lubię muzykę rytmiczną, ale nie drażniącą ucha. Podczas lekcji muzyki w zależności od półrocza odpytywani byliśmy z różnych utworów. W semestrze zimowym obowiązywała pierwsza część płyty/kasety, a w semestrze letnim druga. Dla przykładu pierwszym utworem z pierwszej kasety była: "Aria na strunie G" Jana Sebastiana Bacha. 

Dla mnie sposób, w jaki Pan Michał prowadził zajęcia z muzyki wydaje się być ciekawym, ponieważ śmiało mogę zaryzykować stwierdzenie, że zaszczepił On we mnie wrażliwość na muzykę klasyczną. Wcale nie uważam, że muzyka klasyczna jest przeznaczona dla uczniów szkół muzycznych czy pracowników Filharmonii, ale także dla każdego człowieka. W moim odczuciu muzyka klasyczna może stanowić element relaksacji i działać kojąco w sytuacjach stresowych. Pomaga ona w ekspresji emocji. 
Do dziś zdarza mi się słuchać utworów klasycznych w celu wyciszenia się i wygaszenia natłoku myśli.
Moim marzeniem jest wizyta w Filharmonii i udział w prawdziwym koncercie na żywo. W klasach I-III miałam okazję odwiedzić warszawską Filharmonię, ale myślę, że wtedy nie miałam jeszcze tak rozwiniętej wrażliwości estetycznej. 
Liczę, że w przyszłości moje marzenie się spełni...


Jan Sebastian Bach "Aria na strunie G".

czwartek, 21 lutego 2019

Jak "czytałam" książki? "Świadoma niepełnosprawność" #17

Czy czasem zastanawiacie się, w jaki sposób czytają książki osoby z dysfunkcją narządu wzroku? Na myśl przychodzą Wam pewnie audiobooki i słusznie. W dobie Internetu oraz rozwijającej się technologii cyfrowej dostęp do nagranego materiału z książki czy czasopisma nie jest trudny. Okres mojej nauki szkolnej przypadał na pierwsze lata nowego tysiąclecia. Wówczas dostępność audiobooków nie była ograniczona, ale były one w nieco innej formie niż obecnie.
Czytanie lektur dla mnie nie stanowiło większych trudności, ponieważ w moim mieście dostępna była filia Biblioteki Miejskiej posiadająca książki w formie nagrań. Na początku mojej drogi edukacyjnej korzystałam z nagrań na kasetach magnetofonowych, rzadziej z materiałów głosowych zapisanych na płytach CD. W związku z tym, że kasety miały określoną długość ścieżki a lektury nierzadko były długie, to po wizycie w bibliotece wędrowałam do domu z kilkoma pudełkami z kasetami. Następnie odtwarzałam je na magnetofonie. Bardzo lubiłam słuchać w ten sposób lektur, gdyż mogłam swobodnie wsłuchać się w miły i spokojny głos lektora i wizualizować sobie opisywane w książce sceny. Z czasem kasety magnetofonowe zamieniłam na płyty CD. Słuchałam ich na disk menie. Było to znacznie wygodniejsze niż korzystanie z magnetofonu. Gdy objętość lektury przekraczała 600 stron, aby zaoszczędzić czas w trakcie trwania roku szkolnego zdarzało mi się czytać tego typu książki w wakacje. Tak, wiem, że spora część z Was pomyśli, "... co za kujon!", ale opłacało się! Jedną z lektur, na którą poświęciłam część moich wakacji była "Lalka" Bolesława Prusa. Dokładnie liczyła ona 629 stron w druku  a przesłuchanie jej zajęło mi całe dwa miesiące po dwie godziny dziennie. Z perspektywy czasu cieszę się, że poświęciłam swoje wakacje, gdyż "lalka" była jedną z lektur na maturze, którą zdawałam z języka polskiego. Muszę przyznać, że jestem usatysfakcjonowana z wyniku matury. 
Jak widać na moim przykładzie warto czytać lektury. Może się wydawać, że są czasami niezbyt ciekawe i pozbawione dynamicznej akcji, ale potraktujmy je jako środek do osiągnięcia wyższych celów. Dzięki pozytywnemu wynikowi z matury mogłam dalej się rozwijać i pójść na studia. 
Muszę Wam przyznać, że przeczytałam prawie wszystkie szkolne lektury oprócz... "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej. Mimo mojego szacunku do autorów książek w tym przypadku nie mogłam przebrnąć przez barwne i monotonne opisy przyrody. Po kilku latach próbowałam podejść do tej książki jeszcze raz, ale znów się nie udało. Jednym z moich ulubionych tytułów jest "Pan Wołodyjowski" Henryka Sienkiewicza. Pamiętam, że ta książka nie mieściła się w kanonie lektur, ale z przyjemnością przeczytałam ostatnią część Trylogii w ramach poszerzenia swojej wiedzy na temat dalszych losów bohaterów.

czwartek, 14 lutego 2019

Walentynkowa wpadka "Świadoma niepełnosprawność" #16

Gdy byłam już uczennicą klasy drugiej szkoły podstawowej w dniu Świętego Walentego postanowiłam zrobić rodzicom niespodziankę w postaci Walentynki, na której napisałam: "Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Świętego Walętego". Przed odprowadzeniem mnie do szkoły mama nie zdążyła jeszcze przeczytać kartki. W klasie Pani postanowiła w tym dniu, jak co dzień przeprowadzić dyktando. Dla osób niewtajemniczonych, dyktando, to dyktowany przez nauczyciela tekst zawierający trudne pod kątem ortografii wyrazy. Tekst uczniowie przepisują ze słuchu na kartkę. Następnie jest on oceniany przez nauczyciela. W tym szczególnym dniu Pani podyktowała nam tekst dotyczący Walentynek. Cała klasa otrzymała najwyższą ocenę oprócz mnie... Jako dziecko z dysfunkcją narządu wzroku, które nie widzi haseł reklamowych, czy informacji umieszczonych w kolorowej prasie, nie zetknęłam się wówczas z pisownią słowa "Walentynki". Idąc za słuchem byłam przekonana, że wyraz ten pisze się przez "ę". Nigdy nie przyszło mi na myśl, żeby zapytać o jego pisownię kogoś dorosłego. Tym sposobem podczas dyktanda popełniłam błąd jako jedyne dziecko w klasie. Pamiętam, że było mi wtedy bardzo przykro. Pomyślałam , że jeśli moja mama zobaczyłaby wcześniej napisaną przeze mnie kartkę, pewnie zwróciłaby mi uwagę na ten błąd. Teraz wiem, że takie wpadki nie są powodem do wstydu, ale sytuacją, która nas wzmacnia i uczy tego, że z każdej porażki można się podnieść. Myślę, że do końca życia zapamiętam, jaka jest prawidłowa pisownia słowa "Walentynki".

czwartek, 7 lutego 2019

Ławka rezerwowych "Świadoma niepełnosprawność" #15

We wczesnych klasach szkoły podstawowej wychowanie fizyczne zwane popularnie WF-em  prowadziła wychowawczyni naszej klasy. Najczęściej po rozgrzewce i gimnastyce uczniowie wybierali wszelkie gry zespołowe z wykorzystaniem piłek. Z powodu dysfunkcji narządu wzroku byłam wykluczona z tego typu aktywności. O ile bieganie i gimnastyka nie sprawiały mi większych kłopotów, to w grach zespołowych nie dawałam sobie rady. Zazwyczaj nie widziałam piłki, o którą toczyła się walka na boisku. Moja lekcja
WF-u kończyła się po 20 minutach. Wówczas zasiadałam na ławce rezerwowych, z której nie wstawałam do końca zajęć. Pewnego razu zaproponowałam Pani, że mogłabym uczestniczyć w gimnastyce korekcyjnej prowadzonej raz w tygodniu przez inną Panią. Moja sugestia została pozytywnie rozpatrzona i co środę korzystałam w pełni   z lekcji wychowania fizycznego.
W późniejszych klasach, gdy tego przedmiotu  uczyła nas inna osoba moje zajęcia wyglądały zupełnie inaczej. Podczas gier zespołowych Pani wyznaczała jedną osobę, która mi asystowała. Jeżeli takiej osoby nie było bądź sama nie chciałam brać udziału w sportowych zmaganiach, mogłam wykonywać ćwiczenia gimnastyczne w oddzielnej części sali. Pani jednak nie ignorowała mnie, co kilka minut podchodziła i wyznaczała mi nowe ćwiczenia. Nie czułam się pominięta, ani zlekceważona. Przykro mi było jedynie, kiedy moi koledzy i koleżanki po zajęciach w szatni dyskutowali o wyniku meczu i zachowaniach poszczególnych zawodników. Niestety byłam wyizolowana z takiej rozmowy. Sytuacja zmieniała się jednak na następnej przerwie, podczas której obowiązywał temat z kolejnej lekcji.