Po zakończeniu gimnazjum nadszedł moment wyboru szkoły średniej. Nie był on trudny, ponieważ miałam możliwość udziału w organizowanych dla młodzieży Targach Szkół, podczas których zebrałam potrzebne informacje.
Zdecydowałam, że będę uczęszczać do szkoły bez oddziałów integracyjnych. Dlaczego taki wybór? Miałam wrażenie, że w szkołach z oddziałami integracyjnymi w moim mieście jest zaniżony poziom nauczania. Chciałam wybrać szkołę odpowiednią dla siebie i swoich zainteresowań. Niepełnosprawność akurat w tym przypadku spadła na dalszy plan. Myślę, że z perspektywy czasu nie żałuję tego wyboru. Mam porównanie: po szkole podstawowej i gimnazjum integracyjnym trafiłam do szkoły masowej. To doświadczenie było mi potrzebne w życiu.
Po rozmowie mojej mamy z dyrekcją wybranego przeze mnie liceum okazało się, że placówka jest otwarta na przyjęcie ucznia z niepełnosprawnością wzroku, ponieważ spotkano się już z takim przypadkiem w przeszłości. Uczeń ukończył szkołę bez większych problemów.
Pani dyrektor zapewniła mamę i mnie, że dokona wszelkich starań, aby moja nauka w tej placówce odbywała się bez większych przeszkód.
Sama zdecydowała, że będzie uczyć moją klasę właśnie ze względu na mnie. Warto podkreślić, że z racji pełnionej funkcji dyrektora nie miała zbyt wielu wolnych godzin dydaktycznych. Najczęściej uczyła klasy o rozszerzonym profilu matematycznym.
Finalnie spośród kilku profili klas wybrałam klasę społeczno-prawną. Oznaczało to liczne godziny historii, filozofii i wiedzy o społeczeństwie z jednym nauczycielem.
Podczas edukacji w liceum bardzo ważną rolę odgrywali nauczyciele, którzy starali się dostosować metody nauczania do mojej dysfunkcji wzroku. W trakcie sprawdzianów przysługiwał mi prawnie wydłużony czas o 50% oraz powiększony druk.
O szczegółach nauki konkretnych przedmiotów opowiem w kolejnych wpisach.
czwartek, 19 grudnia 2019
czwartek, 11 kwietnia 2019
Egzaminy gimnazjalne "Świadoma niepełnosprawność" #24
W kwietniu 2009 roku, czyli równe 10 lat temu podeszłam do egzaminów gimnazjalnych. Zdawałam trzy egzaminy pisemne z części humanistycznej, matematyczno-przyrodniczej oraz z języka obcego, w moim przypadku angielskiego.
Z uwagi na to, że jestem osobą z dysfunkcją narządu wzroku mój egzamin wyglądał zupełnie inaczej niż moich kolegów z klasy. Zdawałam go z wykorzystaniem specjalistycznego sprzętu komputerowego oraz powiększalnika.
Do dyspozycji miałam salę informatyczną, w której byłam sama z komisją. Towarzyszył mi zgodnie z przepisami nauczyciel wspomagający i miałam wydłużony czas o dodatkowe 50%.
Z uwagi na to, że jestem osobą z dysfunkcją narządu wzroku mój egzamin wyglądał zupełnie inaczej niż moich kolegów z klasy. Zdawałam go z wykorzystaniem specjalistycznego sprzętu komputerowego oraz powiększalnika.
Do dyspozycji miałam salę informatyczną, w której byłam sama z komisją. Towarzyszył mi zgodnie z przepisami nauczyciel wspomagający i miałam wydłużony czas o dodatkowe 50%.
W praktyce mój egzamin wyglądał tak, że siedziałam przed monitorem komputera, do którego podłączony był powiększalnik. Było to urządzenie dość duże, składało się z platformy, czyli półki, na której położone były karty egzaminu. Do platformy przymocowane były pręty, na których umocowana była kamera z podświetleniem. Dzięki temu, że powiększalnik podłączony był do komputera, na monitorze widziałam powiększony tekst z kart egzaminu. Ponadto nauczyciel wspomagający uprawniony był do przeczytania mi poleceń do zadań oraz wypełniania kart egzaminacyjnych treścią, którą dyktowałam. Nauczyciel nie mógł wpisywać nic na własną rękę. Na sali obecna była komisja składająca się z trzech osób. Egzamin był także nagrywany za pomocą dyktafonu i kamery.
Muszę przyznać, że egzamin gimnazjalny był dla mnie dużym stresem nie tylko pod kątem intelektualnym, ale przede wszystkim technicznym. Czułam się osaczona przez znaczną ilość specjalistycznych sprzętów, które mnie otaczały. Wiem jednak, że to dzięki nim mogłam zdawać testy gimnazjalne.
Po kilku tygodniach otrzymałam wyniki, które były dla mnie satysfakcjonujące i pozwoliły mi dostać się do wymarzonego liceum.
czwartek, 4 kwietnia 2019
Kino czy teatr? "Świadoma niepełnosprawność" #23
W dzisiejszym wpisie postanowiłam przybliżyć Wam różnice pomiędzy odbiorem przeze mnie jako osobę z dysfunkcją narządu wzroku projekcji kinowej a spektaklu teatralnego. Jeśli chodzi o wizytę w kinie to jest to dla mnie zawsze duża przyjemność. Moja wada nie pozwala na objęcie wzrokiem całego ekranu, ale mogę patrzeć w centralny jego punkt i domyślać się, co jest na jego krańcach. Nie staram się wędrować głową w prawą i lewą stronę ekranu, ponieważ wtedy tracę punkt odniesienia. Zazwyczaj do kina chodzę z moimi bliskimi, którzy służą pomocą kiedy nie widzę dynamicznie rozwijającej się akcji na ekranie. Zawsze starają mi się opowiadać co się dzieję. W kinie bardzo mocno zwracam uwagę na głos, ponieważ większość scen można zrozumieć z kontekstu rozmowy pomiędzy bohaterami.
Niektóre sieci kinowe oferują filmy z tzw. audiodeskrypcją. Polega ona na tym, że osoba z niej korzystająca dostaje przy wejściu słuchawki, które wkłada do ucha i słucha opisu scen. Niestety nie wszystkie kina oferują takie rozwiązanie. Muszę przyznać, że w moim mieście są jedynie wybrane seanse, podczas których można skorzystać z audiodeskrypcji. Ja nigdy jeszcze w praktyce nie korzystałam z takiej opcji. Zawsze moi bliscy opisują mi sceny, których nie widzę dokładnie. Warto też podkreślić, że najczęściej oglądam w kinie komedie romantyczne, w których sceny nie są bardzo rozbudowane i trudne do interpretacji wzrokowej. Jeśli chodzi o miejsce jakie najczęściej wybieram w kinie to jest to zazwyczaj rząd IV lub V. Nie lubię siedzieć w pierwszych trzech rzędach ani powyżej piątego.
Jeśli chodzi o teatr to sprawa wygląda nieco inaczej. W teatrze scena jest w formie 3D. Nie jest to dla mnie proste, aby objąć wzrokiem całą scenę. W tym przypadku wybieram miejsca w pierwszym rzędzie. W teatrze aktorzy mówią zazwyczaj nie korzystając z mikrofonu i odnoszę wrażenie, że są gorzej słyszani. Ja też mam z tym kłopot, aby dokładnie usłyszeć każde słowo. Podczas wizyty w teatrze podobnie jak w kinie towarzyszą mi bliscy. Również pomagają mi w opisie scen, ale niestety w teatrze moje możliwości percepcji wzrokowej są mniejsze niż w kinie. Najczęściej podczas spektaklu obowiązuje bezwzględna cisza i audiodeskrypcja prowadzona na żywo może być negatywnie odbierana zwłaszcza w pierwszym rzędzie. Niektóre teatry przeważnie w dużych miastach oferują audiodeskrypcję spektaklu polegającą dokładnie na tym samym co w kinie. Uczestnik spektaklu przy wejściu dostaje słuchawki, w których słyszy na bieżąco informacje na temat tego, co aktualnie dzieje się na scenie. Nigdy nie korzystałam z tej opcji w teatrze.
Jeśli chodzi o wybór pomiędzy kinem a teatrem to w przypadku mojej wady wzroku wolę kino. Jest to dla mnie bardziej komfortowe, aby oglądać film na dużym ekranie korzystając przy okazji z możliwości opisu scen przez osobę towarzyszącą. Kino odwiedzam znacznie częściej niż teatr.
czwartek, 28 marca 2019
Pływanie "Świadoma niepełnosprawność" #22
W poprzednim wpisie mogliście przeczytać o moich sportowych zmaganiach na szkolnym boisku. Było dużo informacji na temat biegania a dzisiaj przyszedł czas na poruszenie tematu pływania.
Jako dziecko często pływałam z tatą w różnych miejscach podczas naszych wyjazdów wakacyjnych. Moja mama od dziecka nie lubiła pływać i dlatego najczęściej czas w wodzie spędzałam z tatą.
W szkole podstawowej mama zapisała mnie na lekcje pływania, które były realizowane na basenie sportowym. Jeździłam na nie z wybranymi uczniami z mojej klasy tuż po zajęciach szkolnych raz w tygodniu. Bardzo lubiłam tego typu aktywności. Podobnie jak opisywałam bieganie wśród innych rówieśników i sposób, w który ich omijałam, na basenie działała taka sama zasada. Na ogół rozróżniałam osoby po czepkach, które każdy pływający był zobowiązany nosić. Były one zazwyczaj w dość kontrastowych kolorach, które dobrze widziałam na tle wody.
Mimo wady wzroku udawało mi się nauczyć konkretnych stylów pływania. Najbardziej lubiłam kraula, a najmniej żabkę. Na lekcje pływania uczęszczałam przez 2 lata. W pewnym momencie w naszej szkole nie było chętnych na tego typu zajęcia i zostały one anulowane.
Mimo to często odwiedzałam pływalnie. Częściej rekreacyjnie niż podejmując zmagania sportowe. Na zajęcia grupowe z pływania wróciłam na studiach kiedy zamiast klasycznego WF-u na sali gimnastycznej udałyśmy się z koleżankami na basen.
Na ogół na pływalnie prywatnie uczęszczam w godzinach, w których nie ma dużo chętnych. Najczęściej są to godziny przedpołudniowe. Bardzo lubię pływać, ale obiecałam Wam, że napiszę o swoich różnych wariactwach. Otóż pływanie jest świetne, dla mnie bardzo relaksujące, ale nie lubię zapachu chloru, który obecny jest na pływalni. Po 2 godzinach spędzonych w chlorowanej wodzie mimo skorzystania z prysznica nadal moja skóra pachnie chlorem. Kolejnym argumentem, dla którego nie chodzę często na basen jest to, że mam długie włosy i bardzo dużo czasu zajmuję mi ich wysuszenie, które musi zmieścić się w wykupionym zakresie czasowym.
W obecnej sytuacji najczęściej pływam w wakacje na strzeżonych kąpieliskach pod kontrolą moich przyjaciół. Pływanie daje mi dużo radości i odprężenia. Lubię pływać, ale nie na basenie, który jest pełen chloru wżerającego się w skórę.
Myślę, że na moim blogu wiele razy będziecie mogli jeszcze przeczytać o moich sportowych zmaganiach.
czwartek, 21 marca 2019
Sportowe atrakcje na szkolnym boisku "Świadoma niepełnosprawność" #21
W ramach zajęć z wychowania fizycznego w szkole podstawowej w okresie wiosenno-letnim często wychodziliśmy na dwór na szkolne boisko. Wyglądało ono dość dobrze. Murawa, na której znajdowało się boisko do gry w piłkę nożną otoczona była żwirową drogą, służącą jako tor do biegania. Jedno okrążenie liczyło 200 metrów. Na terenie szkoły znajdowała się także "piaskownica" do skoków w dal oraz bieżnia do biegania na 60 metrów. Nieopodal tych obiektów było również asfaltowe boisko do gry w koszykówkę.
W klasach IV - VI WF był lekcją z podziałem na grupę dziewcząt i chłopców. Było to możliwe do przeprowadzenia w murach szkoły, gdzie do dyspozycji mieliśmy aż dwie duże sale gimnastyczne oraz jedną małą. Jeżeli nasi nauczyciele decydowali się, że zabierają swoją klasę na zajęcia na boisku nieuniknione było spotkanie z męską częścią klasy. Chłopcy najczęściej grali na murawie w piłkę nożną. My natomiast zazwyczaj biegałyśmy na różne dystanse. Począwszy od biegu na 200 metrów aż po bieg na 1000 metrów.
Muszę przyznać, że bieganie sprawiało mi dużo frajdy. Mimo wady wzroku dawałam z siebie wszystko. Wówczas na tyle dobrze widziałam, że potrafiłam ominąć osoby biegnące ze mną w jednej kolumnie i nie wpaść na nie. Pamiętam , że w biegu na kilometr nie przekroczyłam czasu 6 minut. Biegnąc czułam się komfortowo, gdyż na torze poza rówieśnikami nie mijałam żadnych przeszkód. Łatwo było mi rozpoznać biegnące obok mnie koleżanki, gdyż podczas lekcji wszystkich obowiązywał jednolity strój - czarne lub granatowe spodenki oraz biała koszulka. W słoneczne dni biała bluzka zlewała się z otoczeniem, ale ciemne spodenki były już bardziej widoczne. Dzięki temu mogłam swobodnie biegać pomiędzy koleżankami nie obawiając się, że którąś z nich staranuję.
O ile biegi na długie dystanse lubiłam, o tyle nie przepadałam za krótkimi sprintami na 60 metrów. Miałam poczucie, że zanim wstanę z bieżni mija więcej czasu niż przebiegając cały dystans. Zawsze biegałyśmy we dwie na raz i z tego, co pamiętam w tej konkurencji z reguły przegrywałam.
Kolejną aktywnością na szkolnym boisku był skok w dal. Tego typu ćwiczeń też nie lubiłam. Nie dlatego, że nie umiałam skakać lub, nie widziałam dobrze przestrzeni, ale dlatego, że skacząc w dal do butów nasypywało mi się dużo piasku, który wbijał się w skarpetki i tworzył swoisty peeling dla stóp. Zdecydowanie tego nie lubiłam. Jednak z przyczyn czysto prozaicznych, jak zdobycie oceny pozytywnej ze skoku w dal musiałam przecierpieć tą konkurencję.
Pewnie większość z Was pomyśli, że jestem pedantyczna i nawet piasek w butach mi przeszkadza. Nic bardziej mylnego, nie należę do osób o skłonnościach pedantycznych, ale jak każdy z nas mam swoje wariactwa, które mi przeszkadzają w swobodnym wykonywaniu pewnych sportów. Więcej o tym będziecie mogli przeczytać już za tydzień w kolejnym wpisie.
W klasach IV - VI WF był lekcją z podziałem na grupę dziewcząt i chłopców. Było to możliwe do przeprowadzenia w murach szkoły, gdzie do dyspozycji mieliśmy aż dwie duże sale gimnastyczne oraz jedną małą. Jeżeli nasi nauczyciele decydowali się, że zabierają swoją klasę na zajęcia na boisku nieuniknione było spotkanie z męską częścią klasy. Chłopcy najczęściej grali na murawie w piłkę nożną. My natomiast zazwyczaj biegałyśmy na różne dystanse. Począwszy od biegu na 200 metrów aż po bieg na 1000 metrów.
Muszę przyznać, że bieganie sprawiało mi dużo frajdy. Mimo wady wzroku dawałam z siebie wszystko. Wówczas na tyle dobrze widziałam, że potrafiłam ominąć osoby biegnące ze mną w jednej kolumnie i nie wpaść na nie. Pamiętam , że w biegu na kilometr nie przekroczyłam czasu 6 minut. Biegnąc czułam się komfortowo, gdyż na torze poza rówieśnikami nie mijałam żadnych przeszkód. Łatwo było mi rozpoznać biegnące obok mnie koleżanki, gdyż podczas lekcji wszystkich obowiązywał jednolity strój - czarne lub granatowe spodenki oraz biała koszulka. W słoneczne dni biała bluzka zlewała się z otoczeniem, ale ciemne spodenki były już bardziej widoczne. Dzięki temu mogłam swobodnie biegać pomiędzy koleżankami nie obawiając się, że którąś z nich staranuję.
O ile biegi na długie dystanse lubiłam, o tyle nie przepadałam za krótkimi sprintami na 60 metrów. Miałam poczucie, że zanim wstanę z bieżni mija więcej czasu niż przebiegając cały dystans. Zawsze biegałyśmy we dwie na raz i z tego, co pamiętam w tej konkurencji z reguły przegrywałam.
Kolejną aktywnością na szkolnym boisku był skok w dal. Tego typu ćwiczeń też nie lubiłam. Nie dlatego, że nie umiałam skakać lub, nie widziałam dobrze przestrzeni, ale dlatego, że skacząc w dal do butów nasypywało mi się dużo piasku, który wbijał się w skarpetki i tworzył swoisty peeling dla stóp. Zdecydowanie tego nie lubiłam. Jednak z przyczyn czysto prozaicznych, jak zdobycie oceny pozytywnej ze skoku w dal musiałam przecierpieć tą konkurencję.
Pewnie większość z Was pomyśli, że jestem pedantyczna i nawet piasek w butach mi przeszkadza. Nic bardziej mylnego, nie należę do osób o skłonnościach pedantycznych, ale jak każdy z nas mam swoje wariactwa, które mi przeszkadzają w swobodnym wykonywaniu pewnych sportów. Więcej o tym będziecie mogli przeczytać już za tydzień w kolejnym wpisie.
czwartek, 14 marca 2019
Matematyka w trójwymiarze "Świadoma niepełnosprawność" #20
Matematyka jest uznawana za jeden z trudniejszych przedmiotów szkolnych. Dla mnie również kryła wiele tajemnic, których nie potrafię poznać do dziś.
W szkole podstawowej oraz gimnazjum mieliśmy tą samą Panią uczącą matematyki. Był to bardzo dobry nauczyciel, wymagający, konsekwentny oraz sprawiedliwy. Lekcje matematyki wyglądały tak, że pani prezentowała nowy materiał na tablicy oraz podawała kilka przykładów. Uczniom z niepełnosprawnością towarzyszył nauczyciel wspomagający. Pomagał on w zapisywaniu notatek z tablicy. Jego rolą było głównie dyktowanie treści zawartych na tablicy a czasami jeżeli ich nie rozumiałam, nauczyciel tłumaczył mi je ponownie. Notatki prowadziłam w zeszycie A4 pisząc grubym flamastrem.
Nie miałam większych kłopotów z wykonywaniem obliczeń i równań. Wyzwaniem dla mnie była geometria, która wymagała wyobraźni przestrzennej. Na to też znalazłyśmy z Panią sposób. W sali szkolnej do dyspozycji mieliśmy gotowe modele figur przestrzennych, takich jak: sześcian, stożek, czy walec. Na modelach zaznaczone były także przekątne, które dzieliły figury najczęściej na trójkąty. Dzięki temu, że mogłam się na żywo poprzyglądać jak wyglądają dane figury, nie miałam problemu, aby rozwiązywać zadania oraz obliczenia związane z geometrią przestrzenną. Z moich doświadczeń wynika, że osoby z dysfunkcją narządu wzroku mogą sobie dobrze radzić z wykonywaniem obliczeń matematycznych, jeżeli tylko otrzymają potrzebne wskazówki. Myślę, że w nauczaniu osób z dysfunkcją narządu wzroku ważne są pomoce naukowe oparte na eksploracji dotykiem.
W szkole podstawowej oraz gimnazjum mieliśmy tą samą Panią uczącą matematyki. Był to bardzo dobry nauczyciel, wymagający, konsekwentny oraz sprawiedliwy. Lekcje matematyki wyglądały tak, że pani prezentowała nowy materiał na tablicy oraz podawała kilka przykładów. Uczniom z niepełnosprawnością towarzyszył nauczyciel wspomagający. Pomagał on w zapisywaniu notatek z tablicy. Jego rolą było głównie dyktowanie treści zawartych na tablicy a czasami jeżeli ich nie rozumiałam, nauczyciel tłumaczył mi je ponownie. Notatki prowadziłam w zeszycie A4 pisząc grubym flamastrem.
Nie miałam większych kłopotów z wykonywaniem obliczeń i równań. Wyzwaniem dla mnie była geometria, która wymagała wyobraźni przestrzennej. Na to też znalazłyśmy z Panią sposób. W sali szkolnej do dyspozycji mieliśmy gotowe modele figur przestrzennych, takich jak: sześcian, stożek, czy walec. Na modelach zaznaczone były także przekątne, które dzieliły figury najczęściej na trójkąty. Dzięki temu, że mogłam się na żywo poprzyglądać jak wyglądają dane figury, nie miałam problemu, aby rozwiązywać zadania oraz obliczenia związane z geometrią przestrzenną. Z moich doświadczeń wynika, że osoby z dysfunkcją narządu wzroku mogą sobie dobrze radzić z wykonywaniem obliczeń matematycznych, jeżeli tylko otrzymają potrzebne wskazówki. Myślę, że w nauczaniu osób z dysfunkcją narządu wzroku ważne są pomoce naukowe oparte na eksploracji dotykiem.
czwartek, 7 marca 2019
Braille "Świadoma niepełnosprawność" #19
Braille to specjalny system wypukłych znaków, który umożliwia osobom niewidomym czytanie i pisanie. Naukę Braille'a rozpoczęłam w VI klasie szkoły podstawowej. Osobą prowadzącą te zajęcia była Pani tyflopedagog zatrudniona w naszej szkole. Poza mną Pani pracowała także z trójką starszych niewidomych uczniów z mojej szkoły.
Na zajęcia z Braille'a uczęszczałam w ramach lekcji wychowania fizycznego oraz informatyki. Uczyłam się alfabetu oraz podstawowych znaków interpunkcyjnych i cyfr. Aby posługiwać się wypukłym pismem należy posiadać specjalny sprzęt do tego przystosowany, np. maszynę brailowską .
Na początku korzystałam z maszyny szkolnej, ale z biegiem czasu moi rodzice zdecydowali o kupnie mojej własnej maszyny. Co ciekawe korzystam z niej do dziś.
Rozpoczynając zajęcia ważne było odpowiednie przygotowanie dłoni. Często rozgrzewałam opuszki palców pod ciepłą bieżącą wodą oraz masowałam je. Mimo, że jestem osobą praworęczną, czytając w Braille'u korzystałam z palców lewej ręki. Z biegiem czasu coraz płynniej czytałam książki w Braille'u oraz pisałam na maszynie.
Z racji tego, iż mój wzrok pozwalał jeszcze na pisanie samodzielne z wykorzystaniem zeszytów A4 oraz flamastrów podczas lekcji nie korzystałam z technik brailowskich. W momencie ukończenia zajęć z tyflopedagogiem przerwałam trenowanie Braille'a. W szkole średniej radziłam sobie podobnie jak w gimnazjum podczas lekcji.
Sporadycznie, aby nie zapomnieć alfabetu czytywałam książkę w Braille'u, którą posiadam w domu.
Do dziś korzystam z tej techniki, ponieważ posiadam specjalne urządzenie, które nosi nazwę etykietownica lub metkownica brailowska i służy do oznaczania ważnych produktów lub dokumentów. W praktyce urządzenie posiada samoprzylepną taśmę, na której można wybijać literki brailowskie i w wyniku tego przygotowywać dowolne etykiety np. na teczki z dokumentami. Niektóre leki posiadają oznaczenia w Braille'u i dzięki temu nie trzeba ich oznakowywać samodzielnie.
Myślę, że Braille jest bardzo przydatną techniką czytania i pisania nawet dla osób posiadających resztki wzroku, ponieważ dzięki niemu można w doskonały sposób kompensować sobie trudności z czytaniem czarnodruku. Polski Związek Niewidomych oferuje czasopisma oraz gazety codzienne w Braille'u. Dzięki temu można być na bieżąco z informacjami publikowanymi w znanych tytułach. Ja preferuje jednak nowoczesne techniki pozyskiwania wiadomości takie jak portale Internetowe.
Na temat Braill'ae mogłabym się jeszcze długo
wypowiadać, ale myślę, że to zagadnienie będzie poruszane wielokrotnie na moim blogu.
środa, 27 lutego 2019
Muzyczna szczepionka "Świadoma niepełnosprawność" #18
W późniejszych latach szkoły podstawowej oraz gimnazjum, czyli przez 6 lat przedmiotu zwanego muzyką uczył nas wybitny nauczyciel, który kładł ogromny nacisk na edukacje w zakresie muzyki klasycznej. W trakcie trwania półrocza na lekcjach grywaliśmy na flecie, rzadko śpiewaliśmy. Pod koniec semestru nauczyciel zapowiadał sprawdzian ze znajomości utworów muzyki klasycznej. Każdy z uczniów miał za zadanie przynieść na lekcję czystą kasetę magnetofonową lub płytę CD, na którą Pan Michał przegrywał nam utwory. Do nagrań dołączona była lista z dokładną nazwą utworu oraz nazwiskiem autora. W domu naszym zadaniem było przyswojenie utworów oraz znajomość ich nazwy. Dokładnie w ten sam sposób przeprowadzony był sprawdzian - nauczyciel prezentował nam fragment utworu, a my musieliśmy podać autora oraz dokładny tytuł. Dla mnie tego typu sprawdziany nie stanowiły problemu. Z uwagi na niepełnosprawność wzrokową zawsze byłam bardziej wrażliwa na dźwięki. Zastanawiam się niejednokrotnie czy osoby z dysfunkcją narządu wzroku posiadają głębszą wrażliwość na muzykę. Odkąd pamiętam muzyka odgrywała bardzo ważną rolę w moim życiu. Zawsze silnie oddziaływała na moje zmysły. Jako osoba o wzmożonej wrażliwości na dźwięk nie przepadam za pewnymi rodzajami gatunków muzycznych, takich jak: rock, hip hop, czy metal. Lubię muzykę rytmiczną, ale nie drażniącą ucha. Podczas lekcji muzyki w zależności od półrocza odpytywani byliśmy z różnych utworów. W semestrze zimowym obowiązywała pierwsza część płyty/kasety, a w semestrze letnim druga. Dla przykładu pierwszym utworem z pierwszej kasety była: "Aria na strunie G" Jana Sebastiana Bacha.
Dla mnie sposób, w jaki Pan Michał prowadził zajęcia z muzyki wydaje się być ciekawym, ponieważ śmiało mogę zaryzykować stwierdzenie, że zaszczepił On we mnie wrażliwość na muzykę klasyczną. Wcale nie uważam, że muzyka klasyczna jest przeznaczona dla uczniów szkół muzycznych czy pracowników Filharmonii, ale także dla każdego człowieka. W moim odczuciu muzyka klasyczna może stanowić element relaksacji i działać kojąco w sytuacjach stresowych. Pomaga ona w ekspresji emocji.
Do dziś zdarza mi się słuchać utworów klasycznych w celu wyciszenia się i wygaszenia natłoku myśli.
Moim marzeniem jest wizyta w Filharmonii i udział w prawdziwym koncercie na żywo. W klasach I-III miałam okazję odwiedzić warszawską Filharmonię, ale myślę, że wtedy nie miałam jeszcze tak rozwiniętej wrażliwości estetycznej.
Liczę, że w przyszłości moje marzenie się spełni...
Jan Sebastian Bach "Aria na strunie G".
czwartek, 21 lutego 2019
Jak "czytałam" książki? "Świadoma niepełnosprawność" #17
Czy czasem zastanawiacie się, w jaki sposób czytają książki osoby z dysfunkcją narządu wzroku? Na myśl przychodzą Wam pewnie audiobooki i słusznie. W dobie Internetu oraz rozwijającej się technologii cyfrowej dostęp do nagranego materiału z książki czy czasopisma nie jest trudny. Okres mojej nauki szkolnej przypadał na pierwsze lata nowego tysiąclecia. Wówczas dostępność audiobooków nie była ograniczona, ale były one w nieco innej formie niż obecnie.
Czytanie lektur dla mnie nie stanowiło większych trudności, ponieważ w moim mieście dostępna była filia Biblioteki Miejskiej posiadająca książki w formie nagrań. Na początku mojej drogi edukacyjnej korzystałam z nagrań na kasetach magnetofonowych, rzadziej z materiałów głosowych zapisanych na płytach CD. W związku z tym, że kasety miały określoną długość ścieżki a lektury nierzadko były długie, to po wizycie w bibliotece wędrowałam do domu z kilkoma pudełkami z kasetami. Następnie odtwarzałam je na magnetofonie. Bardzo lubiłam słuchać w ten sposób lektur, gdyż mogłam swobodnie wsłuchać się w miły i spokojny głos lektora i wizualizować sobie opisywane w książce sceny. Z czasem kasety magnetofonowe zamieniłam na płyty CD. Słuchałam ich na disk menie. Było to znacznie wygodniejsze niż korzystanie z magnetofonu. Gdy objętość lektury przekraczała 600 stron, aby zaoszczędzić czas w trakcie trwania roku szkolnego zdarzało mi się czytać tego typu książki w wakacje. Tak, wiem, że spora część z Was pomyśli, "... co za kujon!", ale opłacało się! Jedną z lektur, na którą poświęciłam część moich wakacji była "Lalka" Bolesława Prusa. Dokładnie liczyła ona 629 stron w druku a przesłuchanie jej zajęło mi całe dwa miesiące po dwie godziny dziennie. Z perspektywy czasu cieszę się, że poświęciłam swoje wakacje, gdyż "lalka" była jedną z lektur na maturze, którą zdawałam z języka polskiego. Muszę przyznać, że jestem usatysfakcjonowana z wyniku matury.
Jak widać na moim przykładzie warto czytać lektury. Może się wydawać, że są czasami niezbyt ciekawe i pozbawione dynamicznej akcji, ale potraktujmy je jako środek do osiągnięcia wyższych celów. Dzięki pozytywnemu wynikowi z matury mogłam dalej się rozwijać i pójść na studia.
Muszę Wam przyznać, że przeczytałam prawie wszystkie szkolne lektury oprócz... "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej. Mimo mojego szacunku do autorów książek w tym przypadku nie mogłam przebrnąć przez barwne i monotonne opisy przyrody. Po kilku latach próbowałam podejść do tej książki jeszcze raz, ale znów się nie udało. Jednym z moich ulubionych tytułów jest "Pan Wołodyjowski" Henryka Sienkiewicza. Pamiętam, że ta książka nie mieściła się w kanonie lektur, ale z przyjemnością przeczytałam ostatnią część Trylogii w ramach poszerzenia swojej wiedzy na temat dalszych losów bohaterów.
czwartek, 14 lutego 2019
Walentynkowa wpadka "Świadoma niepełnosprawność" #16
Gdy byłam już uczennicą klasy drugiej szkoły podstawowej w dniu Świętego Walentego postanowiłam zrobić rodzicom niespodziankę w postaci Walentynki, na której napisałam: "Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Świętego Walętego". Przed odprowadzeniem mnie do szkoły mama nie zdążyła jeszcze przeczytać kartki. W klasie Pani postanowiła w tym dniu, jak co dzień przeprowadzić dyktando. Dla osób niewtajemniczonych, dyktando, to dyktowany przez nauczyciela tekst zawierający trudne pod kątem ortografii wyrazy. Tekst uczniowie przepisują ze słuchu na kartkę. Następnie jest on oceniany przez nauczyciela. W tym szczególnym dniu Pani podyktowała nam tekst dotyczący Walentynek. Cała klasa otrzymała najwyższą ocenę oprócz mnie... Jako dziecko z dysfunkcją narządu wzroku, które nie widzi haseł reklamowych, czy informacji umieszczonych w kolorowej prasie, nie zetknęłam się wówczas z pisownią słowa "Walentynki". Idąc za słuchem byłam przekonana, że wyraz ten pisze się przez "ę". Nigdy nie przyszło mi na myśl, żeby zapytać o jego pisownię kogoś dorosłego. Tym sposobem podczas dyktanda popełniłam błąd jako jedyne dziecko w klasie. Pamiętam, że było mi wtedy bardzo przykro. Pomyślałam , że jeśli moja mama zobaczyłaby wcześniej napisaną przeze mnie kartkę, pewnie zwróciłaby mi uwagę na ten błąd. Teraz wiem, że takie wpadki nie są powodem do wstydu, ale sytuacją, która nas wzmacnia i uczy tego, że z każdej porażki można się podnieść. Myślę, że do końca życia zapamiętam, jaka jest prawidłowa pisownia słowa "Walentynki".
czwartek, 7 lutego 2019
Ławka rezerwowych "Świadoma niepełnosprawność" #15
We wczesnych klasach szkoły podstawowej wychowanie fizyczne zwane popularnie WF-em prowadziła wychowawczyni naszej klasy. Najczęściej po rozgrzewce i gimnastyce uczniowie wybierali wszelkie gry zespołowe z wykorzystaniem piłek. Z powodu dysfunkcji narządu wzroku byłam wykluczona z tego typu aktywności. O ile bieganie i gimnastyka nie sprawiały mi większych kłopotów, to w grach zespołowych nie dawałam sobie rady. Zazwyczaj nie widziałam piłki, o którą toczyła się walka na boisku. Moja lekcja
WF-u kończyła się po 20 minutach. Wówczas zasiadałam na ławce rezerwowych, z której nie wstawałam do końca zajęć. Pewnego razu zaproponowałam Pani, że mogłabym uczestniczyć w gimnastyce korekcyjnej prowadzonej raz w tygodniu przez inną Panią. Moja sugestia została pozytywnie rozpatrzona i co środę korzystałam w pełni z lekcji wychowania fizycznego.
W późniejszych klasach, gdy tego przedmiotu uczyła nas inna osoba moje zajęcia wyglądały zupełnie inaczej. Podczas gier zespołowych Pani wyznaczała jedną osobę, która mi asystowała. Jeżeli takiej osoby nie było bądź sama nie chciałam brać udziału w sportowych zmaganiach, mogłam wykonywać ćwiczenia gimnastyczne w oddzielnej części sali. Pani jednak nie ignorowała mnie, co kilka minut podchodziła i wyznaczała mi nowe ćwiczenia. Nie czułam się pominięta, ani zlekceważona. Przykro mi było jedynie, kiedy moi koledzy i koleżanki po zajęciach w szatni dyskutowali o wyniku meczu i zachowaniach poszczególnych zawodników. Niestety byłam wyizolowana z takiej rozmowy. Sytuacja zmieniała się jednak na następnej przerwie, podczas której obowiązywał temat z kolejnej lekcji.
WF-u kończyła się po 20 minutach. Wówczas zasiadałam na ławce rezerwowych, z której nie wstawałam do końca zajęć. Pewnego razu zaproponowałam Pani, że mogłabym uczestniczyć w gimnastyce korekcyjnej prowadzonej raz w tygodniu przez inną Panią. Moja sugestia została pozytywnie rozpatrzona i co środę korzystałam w pełni z lekcji wychowania fizycznego.
W późniejszych klasach, gdy tego przedmiotu uczyła nas inna osoba moje zajęcia wyglądały zupełnie inaczej. Podczas gier zespołowych Pani wyznaczała jedną osobę, która mi asystowała. Jeżeli takiej osoby nie było bądź sama nie chciałam brać udziału w sportowych zmaganiach, mogłam wykonywać ćwiczenia gimnastyczne w oddzielnej części sali. Pani jednak nie ignorowała mnie, co kilka minut podchodziła i wyznaczała mi nowe ćwiczenia. Nie czułam się pominięta, ani zlekceważona. Przykro mi było jedynie, kiedy moi koledzy i koleżanki po zajęciach w szatni dyskutowali o wyniku meczu i zachowaniach poszczególnych zawodników. Niestety byłam wyizolowana z takiej rozmowy. Sytuacja zmieniała się jednak na następnej przerwie, podczas której obowiązywał temat z kolejnej lekcji.
czwartek, 31 stycznia 2019
Nauka XXL "Świadoma niepełnosprawność" #14
Przygotowując ten wpis postanowiłam przybliżyć Wam materiały dydaktyczne, z których niegdyś korzystałam w szkole. Zacznijmy od zeszytów. Nie były to powszechne skoroszyty, z których korzystali moi koledzy, a specjalnie przystosowane do potrzeb osób słabowidzących notatniki. Zakupić je można było jedynie w oddziale Polskiego Związku Niewidomych
(PZN). Charakteryzowały się powiększonymi i pogrubionymi liniami bądź kratką. W zeszytach pisałam najczęściej mazakiem w kolorze czarnym. Do nauki muzyki służył specjalny zeszyt w pięciolinie. Do dyspozycji miałam również szkło powiększające. Jeśli chodzi o podręczniki oraz zeszyty ćwiczeń, mama specjalnie je powiększała w punkcie ksero do rozmiarów A3. Jak można się domyślić byłam otoczona stosem skserowanych książek z różnych przedmiotów. Aby wprowadzić porządek mama zakupiła mi teczki A3, które mieściły moje maxi podręczniki. Były opatrzone naklejkami z oznaczeniem właściciela oraz przedmiotu. Teczki przechowywane były na co dzień w klasie.
Z uwagi na rodzaj placówki, do której uczęszczałam, czyli szkoły integracyjnej, podczas zajęć lekcyjnych towarzyszył mi zazwyczaj nauczyciel wspomagający. Jego rolą było wspieranie uczniów z niepełnosprawnościami. Najczęściej prosiłam o przeczytanie jakiegoś tekstu z tablicy, czy polecenia do zadania w książce. W razie potrzeby nauczyciel wyjaśniał ponownie materiał omówiony podczas lekcji. Warto zaznaczyć, że nauczyciele wspomagający mieli ukończone studia nie tylko z pedagogiki specjalnej, ale także z przedmiotów, podczas których nieśli pomoc uczniom z niepełnosprawnościami.
Moja mama była w stałym kontakcie z nauczycielami i gdy tylko zdarzały się jakieś kłopoty od razu Panie informowały mamę. Panie uprzedzały mnie, gdy kończyły się skserowane fragmenty podręczników. Mama ponownie udawała się do ulubionego punktu ksero i uzupełniała brakujące części. Następnie zanosiłam je do szkoły a Panie pomagały mi je odłożyć do odpowiednich teczek XXL.
W związku z moją wadą wzroku większość materiałów dydaktycznych musiała być dostosowana wielkością do moich potrzeb, stąd uznałam, że moja nauka miała rozmiar XXL. Jednak dzięki temu mogłam uczyć się tak, jak moi koledzy i koleżanki.
(PZN). Charakteryzowały się powiększonymi i pogrubionymi liniami bądź kratką. W zeszytach pisałam najczęściej mazakiem w kolorze czarnym. Do nauki muzyki służył specjalny zeszyt w pięciolinie. Do dyspozycji miałam również szkło powiększające. Jeśli chodzi o podręczniki oraz zeszyty ćwiczeń, mama specjalnie je powiększała w punkcie ksero do rozmiarów A3. Jak można się domyślić byłam otoczona stosem skserowanych książek z różnych przedmiotów. Aby wprowadzić porządek mama zakupiła mi teczki A3, które mieściły moje maxi podręczniki. Były opatrzone naklejkami z oznaczeniem właściciela oraz przedmiotu. Teczki przechowywane były na co dzień w klasie.
Z uwagi na rodzaj placówki, do której uczęszczałam, czyli szkoły integracyjnej, podczas zajęć lekcyjnych towarzyszył mi zazwyczaj nauczyciel wspomagający. Jego rolą było wspieranie uczniów z niepełnosprawnościami. Najczęściej prosiłam o przeczytanie jakiegoś tekstu z tablicy, czy polecenia do zadania w książce. W razie potrzeby nauczyciel wyjaśniał ponownie materiał omówiony podczas lekcji. Warto zaznaczyć, że nauczyciele wspomagający mieli ukończone studia nie tylko z pedagogiki specjalnej, ale także z przedmiotów, podczas których nieśli pomoc uczniom z niepełnosprawnościami.
Moja mama była w stałym kontakcie z nauczycielami i gdy tylko zdarzały się jakieś kłopoty od razu Panie informowały mamę. Panie uprzedzały mnie, gdy kończyły się skserowane fragmenty podręczników. Mama ponownie udawała się do ulubionego punktu ksero i uzupełniała brakujące części. Następnie zanosiłam je do szkoły a Panie pomagały mi je odłożyć do odpowiednich teczek XXL.
W związku z moją wadą wzroku większość materiałów dydaktycznych musiała być dostosowana wielkością do moich potrzeb, stąd uznałam, że moja nauka miała rozmiar XXL. Jednak dzięki temu mogłam uczyć się tak, jak moi koledzy i koleżanki.
czwartek, 24 stycznia 2019
Urodziny z Fantazją "Świadoma niepełnosprawność" #13
W klasie pierwszej szkoły podstawowej rodzice często organizowali urodziny swoich pociech w Centrum Zabaw zwanym "Fantazją". Był to duży budynek, w którym dla dzieci w różnym wieku dostępne były zjeżdżalnie, baseny z kulkami oraz inne atrakcje. Pamiętam, że w moje 8. urodziny rodzice zorganizowali mi fantastyczną imprezę, na której bawiła się cała moja klasa. Do dyspozycji mieliśmy salę, w której przygotowany był poczęstunek oraz tort, a w ogólnej sali zabaw odbywało się prawdziwe szaleństwo. Jako dziecko świetnie bawiłam się na zjeżdżalniach. Uwielbiałam to. Nie przepadałam zaś za kąpaniem się w basenie z kulkami. Miałam wrażenie, że wchodząc do niego nigdy nie wydostanę się na zewnątrz. Atrakcją, która przykuwała największą uwagę była żywa maskotka wędrująca po sali. Zazwyczaj przypominała ona postać z bajki znanej dzieciom. W tamtym czasie po sali przechadzał się lew. Pamiętam, że gdy go zobaczyłam przeraziłam się, bo zmierzał w moją stronę. Był wielki na dwa metry. Po ujrzeniu lwa pobiegłam od razu z krzykiem do mamy, która wyjaśniła mi całą sytuację. Jako dziecko z wadą wzroku nie wiedziałam, że to nie prawdziwy zły lew, a wysoki Pan za niego przebrany, który wędruje po sali i zaczepia dzieci, aby zrobić sobie z nimi zdjęcie. Od tamtej pory nie bałam się już żywych maskotek. Podczas urodzin starałam się bawić ze wszystkimi dziećmi. Było to jednak trudne...
Jednym z moich problemów, który towarzyszy mi do dziś jest niemożność odnalezienia konkretnej osoby wśród tłumu oraz w dużej lub otwartej przestrzeni. Podczas imprezy urodzinowej nie mogłam bawić się ze wszystkimi, bo najzwyczajniej nie byłam w stanie ich odnaleźć. Często poznawałam znajomych z klasy po głosie. Myślę, że jako dziecko wstydziłam się bardzo swojej wady wzroku i chciałam funkcjonować jako zdrowe i "normalne" dziecko. Często towarzyszyło mi poczucie winy za swoją chorobę.
Z perspektywy czasu, gdy jestem dorosłą osobą nie uznaję mojej wady wzroku jako podstawy do wstydu, ale jako chorobę, z którą przyszło mi żyć. Nie uważam też, że powinnam być specjalnie wyizolowana z życia społecznego z tytułu niepełnosprawności wzrokowej. Obecnie podczas dużych imprez podchodzę do danej osoby i proszę aby zaprowadziła mnie do kogoś, kogo aktualnie poszukuje. Ta metoda usprawnia moje funkcjonowanie na uroczystościach. Nie czuję się winna, gdy kogoś z rodziny nie dostrzegam, mijam, nie mówiąc Mu "dzień dobry". Jest to uzasadnione poważnymi dolegliwościami oczu. Myślę, że osoby z mojego otoczenia to rozumieją, ponieważ na co dzień jestem komunikatywną i otwartą osobą i nie zmieniam swojego usposobienia podczas dużych imprez czy wesel na niemiłą, zarozumiałą księżniczkę, która mija ludzi i nie wita się z nimi .
Inspiracją do przygotowania tego wpisu była rozmowa, którą odbyłam niedawno z moją przyjaciółką, także cierpiącą na chorobę oczu. Towarzyszą jej podobne problemy z odszukiwaniem poszczególnych osób w tłumie oraz nie witaniem się z nimi. Warto podkreślić, że nie zawsze osoby z bliskiego bądź dalszego otoczenia są tak empatyczne i rozumieją nasze zachowanie wynikające z niepełnosprawności wzrokowej, a nie z antypatii. Wówczas przed nami spore wyzwanie uświadomienia rodzinie, na czym tak naprawdę polega nasza wada wzroku.
Jednym z moich problemów, który towarzyszy mi do dziś jest niemożność odnalezienia konkretnej osoby wśród tłumu oraz w dużej lub otwartej przestrzeni. Podczas imprezy urodzinowej nie mogłam bawić się ze wszystkimi, bo najzwyczajniej nie byłam w stanie ich odnaleźć. Często poznawałam znajomych z klasy po głosie. Myślę, że jako dziecko wstydziłam się bardzo swojej wady wzroku i chciałam funkcjonować jako zdrowe i "normalne" dziecko. Często towarzyszyło mi poczucie winy za swoją chorobę.
Z perspektywy czasu, gdy jestem dorosłą osobą nie uznaję mojej wady wzroku jako podstawy do wstydu, ale jako chorobę, z którą przyszło mi żyć. Nie uważam też, że powinnam być specjalnie wyizolowana z życia społecznego z tytułu niepełnosprawności wzrokowej. Obecnie podczas dużych imprez podchodzę do danej osoby i proszę aby zaprowadziła mnie do kogoś, kogo aktualnie poszukuje. Ta metoda usprawnia moje funkcjonowanie na uroczystościach. Nie czuję się winna, gdy kogoś z rodziny nie dostrzegam, mijam, nie mówiąc Mu "dzień dobry". Jest to uzasadnione poważnymi dolegliwościami oczu. Myślę, że osoby z mojego otoczenia to rozumieją, ponieważ na co dzień jestem komunikatywną i otwartą osobą i nie zmieniam swojego usposobienia podczas dużych imprez czy wesel na niemiłą, zarozumiałą księżniczkę, która mija ludzi i nie wita się z nimi .
Inspiracją do przygotowania tego wpisu była rozmowa, którą odbyłam niedawno z moją przyjaciółką, także cierpiącą na chorobę oczu. Towarzyszą jej podobne problemy z odszukiwaniem poszczególnych osób w tłumie oraz nie witaniem się z nimi. Warto podkreślić, że nie zawsze osoby z bliskiego bądź dalszego otoczenia są tak empatyczne i rozumieją nasze zachowanie wynikające z niepełnosprawności wzrokowej, a nie z antypatii. Wówczas przed nami spore wyzwanie uświadomienia rodzinie, na czym tak naprawdę polega nasza wada wzroku.
czwartek, 17 stycznia 2019
Na straganie... "Świadoma niepełnosprawność" #12
W klasie pierwszej, gdy poznaliśmy już wszystkie literki nadszedł czas na ich utrwalenie poprzez czytanie krótkich tekstów. Do nauki czytania służyły nam podręczniki szkolne. Moja klasa korzystała z książek o tytule: "Wesoła szkoła". Zestaw składał się z czterech części na jesień, zimę, wiosnę i lato. W każdym podręczniku zawarte były informacje na temat konkretnej pory roku. We wrześniu uczyliśmy się o wrzosach, w październiku o kasztanach, w styczniu o przebiśniegach, a w maju o bzie i konwaliach. Podręczniki były bardzo ciekawe i dobrze zilustrowane. Jako dziecko miałam jeszcze na tyle dobry wzrok, że potrafiłam (prawie wsadzając nos w książkę) przeczytać wierszyk. Oczywiście czcionka w książeczce była powiększona. Teraz mogę ocenić jej wielkość na około 20 punktów.
Pewnego dnia Pani oznajmiła, że za kilka dni będzie nas prosiła o przeczytanie na ocenę wierszyka Jana Brzechwy pt.: "Na straganie". Pamiętam, że bardzo skrupulatnie przyłożyłam się do tego zadania. Co wieczór czytałam wierszyk, aby pozytywnie wypaść w klasie. Po kilku dniach nie miałam problemu z czytaniem wiersza, bo znałam go już na pamięć. Podczas odpytywania w klasie otrzymałam najwyższą ocenę. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że w klasie pierwszej nie mieliśmy ocen w skali od 1 do 6, ale słowne oceny, takie jak: "wspaniale", "bardzo ładnie", "dobrze", "poćwicz". Oceny słowne mogły odpowiadać standardom cyfr kolejno od 5 do 2.
Pamiętam, że jako dziecko byłam bardzo chłonna wiedzy i chętnie się uczyłam, ale nie zawsze byłam zdobywcą najwyższych ocen. O mojej największej wpadce będziecie mogli przeczytać w jednym z kolejnych wpisów.
Dla zainteresowanych poniżej umieszczę link do wiersza , o którym mowa we wpisie:
https://www.youtube.com/watch?v=2t-cslxPlV8
Pewnego dnia Pani oznajmiła, że za kilka dni będzie nas prosiła o przeczytanie na ocenę wierszyka Jana Brzechwy pt.: "Na straganie". Pamiętam, że bardzo skrupulatnie przyłożyłam się do tego zadania. Co wieczór czytałam wierszyk, aby pozytywnie wypaść w klasie. Po kilku dniach nie miałam problemu z czytaniem wiersza, bo znałam go już na pamięć. Podczas odpytywania w klasie otrzymałam najwyższą ocenę. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że w klasie pierwszej nie mieliśmy ocen w skali od 1 do 6, ale słowne oceny, takie jak: "wspaniale", "bardzo ładnie", "dobrze", "poćwicz". Oceny słowne mogły odpowiadać standardom cyfr kolejno od 5 do 2.
Pamiętam, że jako dziecko byłam bardzo chłonna wiedzy i chętnie się uczyłam, ale nie zawsze byłam zdobywcą najwyższych ocen. O mojej największej wpadce będziecie mogli przeczytać w jednym z kolejnych wpisów.
Dla zainteresowanych poniżej umieszczę link do wiersza , o którym mowa we wpisie:
https://www.youtube.com/watch?v=2t-cslxPlV8
czwartek, 10 stycznia 2019
Wybór pierwszej szkoły "Świadoma niepełnosprawność" #11
Po rocznej przerwie w edukacji przyszedł czas na pójście do zerówki. Wybór szkoły w odniesieniu do mojej niepełnosprawności nie był prosty.W celu uzyskania niezbędnej dokumentacji potrzebna była konsultacja w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Mama udała się do niej. Panie zasugerowały, aby posłać mnie do Szkoły dla osób niewidomych i słabowidzących w Laskach niedaleko Warszawy. Krok ten wymagałby jednak zamieszkania w internacie, ponieważ nasze miejsce zamieszkania mieści się ponad 100 km od Warszawy. Perspektywa posłania mnie na kilka lat do szkoły na drugim krańcu województwa przeraziła moją mamę. Mimo wszystko chciała abym miała godne warunki nauki oraz dostosowanie metod do moich możliwości i potrzeb, dlatego też postanowiła szukać dalej szkoły dla mnie. Szczęśliwie okazało się, że w miejscu mojego zamieszkania znajduje się szkoła integracyjna, która umożliwia naukę uczniom z niepełnosprawnościami.Po przejściu rekrutacji, dostałam się do szkoły.
Nie był to dla mnie stresujący czas, ponieważ po rocznym wypoczynku w domu nie mogłam się doczekać pierwszego dnia w szkole. Etap ten traktowałam jako kolejną fantastyczną przygodę. Z tego, co pamiętam w pierwszych dniach nowego roku szkolnego moi rówieśnicy z zerówki miewali problemy z adaptacją do nowej sytuacji a co za tym szło byli rozdrażnieni, płaczliwi oraz z trudem rozstawali się z rodzicami. Ze mną było zupełnie inaczej, od pierwszych chwil w szkole czułam, że jest to bardzo niezwykłe miejsce, w którym będę mogła dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Moja postawa mogła wynikać z tego, że już wcześniej uczęszczałam do przedszkola i byłam oswojona z brakiem obecności rodziców przez kilka godzin dziennie.
Pierwsze dni w zerówce wspominam mile. Często siedzieliśmy całą klasą w kółeczku bawiąc się np. w "chodzi lisek koło drogi" lub "mam chusteczkę haftowaną". W sali umieszczone były niewysokie stoliki dla 4 osób oraz krzesełka. Każdy posiadał także swoje miejsce w szafkach, z którymi wiąże się ciekawa opowiastka. Jedną z metod wychowawczych w zerówce była metoda wzmocnień pozytywnych i negatywnych. Dzieci na swoich szafkach przyklejały wręczane przez Panią kolorowe buźki. Za pozytywne zachowanie otrzymywały żółte, za nieco gorsze czerwone, natomiast czarna buźka była symbolem naprawdę niepokornego zachowania wymagającego natychmiastowej poprawy. W sali mieliśmy także kącik doświadczeń, gdzie obserwowaliśmy jak wzrasta zasiana przez nas rzeżucha oraz co dzieje się z zakiszonymi w słoiku ogórkami. Oprócz eksperymentów i zabaw odbywały się również zajęcia z języka angielskiego, religii oraz z gimnastyki. Moim zdaniem nie miałam większych kłopotów z nauką, ponieważ jak pamiętacie przed pójściem do szkoły znałam już literki.
Jeśli chodzi o radzenie sobie z wypełnianiem ćwiczeń w podręcznikach również nie było problemu, ponieważ była druga Pani, która pomagała dzieciom z niepełnosprawnością w czynnościach, z którymi sobie nie radziły, poza tym moja mama starała się powiększać mi w punkcie ksero książki z formatu strony A4 do A3. Dzięki temu literki i obrazki umieszczone w książkach były dla mnie bardziej widoczne.
Pierwszy rok w szkole minął i rozpoczęłam naukę w klasach I-III. Więcej o tym będziecie mogli przeczytać w kolejnym wpisie, na który już teraz serdecznie zapraszam.
Nie był to dla mnie stresujący czas, ponieważ po rocznym wypoczynku w domu nie mogłam się doczekać pierwszego dnia w szkole. Etap ten traktowałam jako kolejną fantastyczną przygodę. Z tego, co pamiętam w pierwszych dniach nowego roku szkolnego moi rówieśnicy z zerówki miewali problemy z adaptacją do nowej sytuacji a co za tym szło byli rozdrażnieni, płaczliwi oraz z trudem rozstawali się z rodzicami. Ze mną było zupełnie inaczej, od pierwszych chwil w szkole czułam, że jest to bardzo niezwykłe miejsce, w którym będę mogła dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Moja postawa mogła wynikać z tego, że już wcześniej uczęszczałam do przedszkola i byłam oswojona z brakiem obecności rodziców przez kilka godzin dziennie.
Pierwsze dni w zerówce wspominam mile. Często siedzieliśmy całą klasą w kółeczku bawiąc się np. w "chodzi lisek koło drogi" lub "mam chusteczkę haftowaną". W sali umieszczone były niewysokie stoliki dla 4 osób oraz krzesełka. Każdy posiadał także swoje miejsce w szafkach, z którymi wiąże się ciekawa opowiastka. Jedną z metod wychowawczych w zerówce była metoda wzmocnień pozytywnych i negatywnych. Dzieci na swoich szafkach przyklejały wręczane przez Panią kolorowe buźki. Za pozytywne zachowanie otrzymywały żółte, za nieco gorsze czerwone, natomiast czarna buźka była symbolem naprawdę niepokornego zachowania wymagającego natychmiastowej poprawy. W sali mieliśmy także kącik doświadczeń, gdzie obserwowaliśmy jak wzrasta zasiana przez nas rzeżucha oraz co dzieje się z zakiszonymi w słoiku ogórkami. Oprócz eksperymentów i zabaw odbywały się również zajęcia z języka angielskiego, religii oraz z gimnastyki. Moim zdaniem nie miałam większych kłopotów z nauką, ponieważ jak pamiętacie przed pójściem do szkoły znałam już literki.
Jeśli chodzi o radzenie sobie z wypełnianiem ćwiczeń w podręcznikach również nie było problemu, ponieważ była druga Pani, która pomagała dzieciom z niepełnosprawnością w czynnościach, z którymi sobie nie radziły, poza tym moja mama starała się powiększać mi w punkcie ksero książki z formatu strony A4 do A3. Dzięki temu literki i obrazki umieszczone w książkach były dla mnie bardziej widoczne.
Pierwszy rok w szkole minął i rozpoczęłam naukę w klasach I-III. Więcej o tym będziecie mogli przeczytać w kolejnym wpisie, na który już teraz serdecznie zapraszam.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)