czwartek, 9 stycznia 2020

Matematyczny Duet "Świadoma niepełnosprawność" #26

W poprzednim wpisie wspominałam, że lekcji matematyki moją klasę uczyła Pani dyrektor. Początkowo zastanawiała się jak może mi pomóc żebym mogła przyswoić jak najwięcej wiedzy podczas zajęć, które były bardzo ważne, ponieważ zdawaliśmy obowiązkową maturę.Po naradzie obie znalazłyśmy odpowiednie rozwiązanie. 
Na każdej lekcji obok mnie w ławce zasiadała kolejno jedna osoba z listy obecności i pomagała mi w przepisywaniu treści z tablicy i  czytaniu poleceń do zadań z podręcznika. 
Dzięki temu jedna osoba nie była obciążona niesieniem mi pomocy, ponieważ ta rola została rozłożona na ponad 30 osób. Było to bardzo dobre rozwiązanie, które sprawdzało się na co dzień, a ja miałam możliwość siedzenia w jednej ławce z każdym uczniem w klasie. 
Z mojego punktu widzenia uczniowie, którzy mi pomagali mogli mieć poczucie, że są wykorzystywani i myślę, że poniekąd to prawda. Z uwagi  na to, że uczęszczałam do szkoły masowej bez oddziałów integracyjnych nie miałam wsparcia w postaci nauczyciela wspomagającego. Był to mój świadomy wybór, więc musiałam ponosić tego konsekwencje przez okres liceum. Mimo trudności nie poddałam się i nie chciałam zmienić szkoły. Dzięki temu nie miałam problemu z odnalezieniem się na studiach. To doświadczenie nauczyło mnie wytrwałości i dążenia do wyznaczonego celu.

czwartek, 19 grudnia 2019

Wybór szkoły średniej "Świadoma niepełnosprawność" #25

Po zakończeniu gimnazjum nadszedł moment wyboru szkoły średniej. Nie był on trudny, ponieważ miałam możliwość udziału w organizowanych dla młodzieży Targach Szkół, podczas których zebrałam potrzebne informacje.
Zdecydowałam, że będę uczęszczać do szkoły bez oddziałów integracyjnych. Dlaczego taki wybór? Miałam wrażenie, że w szkołach z oddziałami integracyjnymi w moim mieście jest zaniżony poziom nauczania. Chciałam wybrać szkołę odpowiednią dla siebie i swoich zainteresowań. Niepełnosprawność akurat w tym przypadku spadła na dalszy plan. Myślę, że z perspektywy czasu nie żałuję tego wyboru. Mam porównanie: po szkole podstawowej i gimnazjum integracyjnym trafiłam do szkoły masowej. To doświadczenie było mi potrzebne w życiu.
Po rozmowie mojej mamy z dyrekcją wybranego przeze mnie liceum okazało się, że placówka jest otwarta na przyjęcie ucznia z niepełnosprawnością wzroku, ponieważ spotkano się już z takim przypadkiem w przeszłości. Uczeń ukończył szkołę bez większych problemów.
Pani dyrektor zapewniła mamę i mnie, że dokona wszelkich starań, aby moja nauka w tej placówce odbywała się bez większych przeszkód.
Sama zdecydowała, że będzie uczyć moją klasę właśnie ze względu na mnie. Warto podkreślić, że z racji pełnionej funkcji dyrektora nie miała zbyt wielu wolnych godzin dydaktycznych. Najczęściej uczyła klasy o rozszerzonym profilu matematycznym.
Finalnie spośród kilku profili klas wybrałam klasę społeczno-prawną. Oznaczało to liczne godziny historii, filozofii i wiedzy o społeczeństwie z jednym nauczycielem.
Podczas edukacji w liceum bardzo ważną rolę odgrywali nauczyciele, którzy starali się dostosować metody nauczania do mojej dysfunkcji wzroku. W trakcie sprawdzianów przysługiwał mi prawnie wydłużony czas o 50% oraz powiększony druk.
O szczegółach nauki konkretnych przedmiotów opowiem w kolejnych wpisach.

czwartek, 11 kwietnia 2019

Egzaminy gimnazjalne "Świadoma niepełnosprawność" #24

W kwietniu 2009 roku, czyli równe 10 lat temu podeszłam do egzaminów gimnazjalnych. Zdawałam trzy egzaminy pisemne z części humanistycznej, matematyczno-przyrodniczej oraz z języka obcego, w moim przypadku angielskiego.
Z uwagi na to, że jestem osobą z dysfunkcją narządu wzroku mój egzamin wyglądał zupełnie inaczej niż moich kolegów z klasy. 
Zdawałam go z wykorzystaniem specjalistycznego sprzętu komputerowego oraz powiększalnika.
Do dyspozycji miałam salę informatyczną, w której byłam sama z komisją. Towarzyszył mi zgodnie z przepisami nauczyciel wspomagający i miałam wydłużony czas o dodatkowe 50%. 
W praktyce mój egzamin wyglądał tak, że siedziałam przed monitorem komputera, do którego podłączony był powiększalnik. Było to urządzenie dość duże, składało się z platformy, czyli półki, na której położone były karty egzaminu. Do platformy przymocowane były pręty, na których umocowana była kamera z podświetleniem. Dzięki temu, że powiększalnik podłączony był do komputera, na monitorze widziałam powiększony tekst z kart egzaminu. Ponadto nauczyciel wspomagający uprawniony był do przeczytania mi poleceń do zadań oraz wypełniania kart egzaminacyjnych treścią, którą dyktowałam. Nauczyciel nie mógł wpisywać nic na własną rękę. Na sali obecna była komisja składająca się z trzech osób. Egzamin był także nagrywany za pomocą dyktafonu i kamery. 
Muszę przyznać, że egzamin gimnazjalny był dla mnie dużym stresem nie tylko pod kątem intelektualnym, ale przede wszystkim technicznym. Czułam się osaczona przez znaczną ilość specjalistycznych sprzętów, które mnie otaczały. Wiem jednak, że to dzięki nim mogłam zdawać testy gimnazjalne. 
Po kilku tygodniach otrzymałam wyniki, które były dla mnie satysfakcjonujące i pozwoliły mi dostać się do wymarzonego liceum. 

czwartek, 4 kwietnia 2019

Kino czy teatr? "Świadoma niepełnosprawność" #23

W dzisiejszym wpisie postanowiłam przybliżyć Wam różnice pomiędzy odbiorem przeze mnie jako  osobę z dysfunkcją narządu wzroku projekcji kinowej a spektaklu teatralnego. Jeśli chodzi o wizytę w kinie to jest to dla mnie zawsze duża przyjemność. Moja wada nie pozwala na objęcie wzrokiem całego ekranu, ale mogę patrzeć w centralny jego punkt i domyślać się, co jest na jego krańcach. Nie staram się wędrować głową w prawą i lewą stronę ekranu, ponieważ wtedy tracę punkt odniesienia. Zazwyczaj do kina chodzę z moimi bliskimi, którzy służą pomocą kiedy nie widzę dynamicznie rozwijającej się akcji na ekranie. Zawsze starają mi się opowiadać co się dzieję. W kinie bardzo mocno zwracam uwagę na głos, ponieważ większość scen można zrozumieć z kontekstu rozmowy pomiędzy bohaterami. 
Niektóre sieci kinowe oferują filmy z tzw. audiodeskrypcją. Polega ona na tym, że osoba z niej korzystająca dostaje przy wejściu słuchawki, które wkłada do ucha i słucha opisu scen. Niestety nie wszystkie kina oferują takie rozwiązanie. Muszę przyznać, że w moim mieście są jedynie wybrane seanse, podczas których można skorzystać z audiodeskrypcji. Ja nigdy jeszcze w praktyce nie korzystałam z takiej opcji. Zawsze moi bliscy opisują mi sceny, których nie widzę dokładnie. Warto też podkreślić, że najczęściej oglądam w kinie komedie romantyczne, w których sceny nie są bardzo rozbudowane i trudne do interpretacji wzrokowej. Jeśli chodzi o miejsce jakie najczęściej wybieram w kinie to jest to zazwyczaj rząd IV lub V. Nie lubię siedzieć w pierwszych trzech rzędach ani powyżej piątego.
Jeśli chodzi o teatr to sprawa wygląda nieco inaczej. W teatrze scena jest w formie 3D. Nie jest to dla mnie proste, aby objąć wzrokiem całą scenę. W tym przypadku wybieram miejsca w pierwszym rzędzie. W teatrze aktorzy mówią zazwyczaj nie korzystając z mikrofonu i odnoszę wrażenie, że są gorzej słyszani. Ja też mam z tym kłopot, aby dokładnie usłyszeć każde słowo. Podczas wizyty w teatrze podobnie jak w kinie towarzyszą mi bliscy. Również pomagają mi w opisie scen, ale niestety w teatrze moje możliwości percepcji wzrokowej są mniejsze niż  w kinie. Najczęściej podczas spektaklu obowiązuje bezwzględna cisza i audiodeskrypcja prowadzona na żywo może być negatywnie odbierana zwłaszcza w pierwszym rzędzie. Niektóre teatry przeważnie w dużych miastach oferują audiodeskrypcję spektaklu polegającą dokładnie na tym samym co w kinie. Uczestnik spektaklu przy wejściu dostaje słuchawki, w których słyszy na bieżąco informacje na temat tego, co aktualnie dzieje się na scenie. Nigdy nie korzystałam z tej opcji w teatrze.  
Jeśli chodzi o wybór pomiędzy kinem a teatrem to w przypadku mojej wady wzroku wolę kino. Jest to dla mnie bardziej komfortowe, aby oglądać film na dużym ekranie korzystając przy okazji z możliwości opisu scen przez osobę towarzyszącą. Kino odwiedzam znacznie częściej niż teatr. 

czwartek, 28 marca 2019

Pływanie "Świadoma niepełnosprawność" #22

W poprzednim wpisie mogliście przeczytać o moich sportowych zmaganiach na szkolnym boisku. Było dużo informacji na temat biegania a dzisiaj przyszedł czas na poruszenie tematu pływania.
Jako dziecko często pływałam z tatą w różnych miejscach podczas naszych wyjazdów wakacyjnych. Moja mama od dziecka nie lubiła pływać i dlatego najczęściej czas w wodzie spędzałam z tatą.
W szkole podstawowej mama zapisała mnie na lekcje pływania, które były realizowane na basenie sportowym. Jeździłam na nie z wybranymi uczniami z mojej klasy tuż po zajęciach szkolnych raz w tygodniu. Bardzo lubiłam tego typu aktywności. Podobnie jak opisywałam bieganie wśród innych rówieśników i sposób, w który ich omijałam, na basenie działała taka sama zasada. Na ogół rozróżniałam osoby po czepkach, które każdy pływający był zobowiązany nosić. Były one zazwyczaj w dość kontrastowych kolorach, które dobrze widziałam na tle wody.
Mimo wady wzroku udawało mi się nauczyć konkretnych stylów pływania. Najbardziej lubiłam kraula, a najmniej żabkę. Na lekcje pływania uczęszczałam przez 2 lata. W pewnym momencie w naszej szkole nie było chętnych na tego typu zajęcia i zostały one anulowane.
Mimo to często odwiedzałam pływalnie. Częściej rekreacyjnie niż podejmując zmagania sportowe. Na zajęcia grupowe z pływania wróciłam na studiach kiedy zamiast klasycznego WF-u na sali gimnastycznej udałyśmy się z koleżankami na basen.
Na ogół na pływalnie prywatnie uczęszczam w godzinach, w których nie ma dużo chętnych. Najczęściej są to godziny przedpołudniowe. Bardzo lubię pływać, ale obiecałam Wam, że napiszę o swoich różnych wariactwach. Otóż pływanie jest świetne, dla mnie bardzo relaksujące, ale nie lubię zapachu chloru, który obecny jest na pływalni. Po 2 godzinach spędzonych w chlorowanej wodzie mimo skorzystania z prysznica nadal moja skóra pachnie chlorem. Kolejnym argumentem, dla którego nie chodzę często na basen jest to, że mam długie włosy i bardzo dużo czasu zajmuję mi ich wysuszenie, które musi zmieścić się w wykupionym zakresie czasowym.
W obecnej sytuacji najczęściej pływam w wakacje na strzeżonych kąpieliskach pod kontrolą moich przyjaciół. Pływanie daje mi dużo radości i odprężenia. Lubię pływać, ale nie na basenie, który jest pełen chloru wżerającego się w skórę.
Myślę, że na moim blogu wiele razy będziecie mogli jeszcze   przeczytać o moich sportowych zmaganiach.

czwartek, 21 marca 2019

Sportowe atrakcje na szkolnym boisku "Świadoma niepełnosprawność" #21

W ramach zajęć z wychowania fizycznego w szkole   podstawowej w okresie wiosenno-letnim często  wychodziliśmy na dwór na szkolne boisko. Wyglądało ono dość dobrze. Murawa, na której znajdowało się boisko do gry w piłkę nożną otoczona była żwirową drogą, służącą jako tor do biegania. Jedno okrążenie liczyło 200 metrów. Na terenie szkoły znajdowała się także "piaskownica" do skoków w dal oraz bieżnia do biegania na 60 metrów. Nieopodal tych obiektów było również asfaltowe boisko do gry w koszykówkę.
W klasach IV - VI WF był lekcją z podziałem na grupę dziewcząt i chłopców. Było to możliwe do przeprowadzenia w murach szkoły, gdzie do dyspozycji mieliśmy aż dwie duże sale gimnastyczne oraz jedną małą. Jeżeli nasi nauczyciele decydowali się, że zabierają swoją klasę na zajęcia na boisku nieuniknione było spotkanie z męską częścią klasy. Chłopcy najczęściej grali na murawie w piłkę nożną. My natomiast zazwyczaj biegałyśmy na różne dystanse. Począwszy od biegu na 200 metrów aż po bieg na 1000 metrów.
Muszę przyznać, że bieganie sprawiało mi dużo frajdy. Mimo wady wzroku dawałam z siebie wszystko. Wówczas na tyle dobrze widziałam, że potrafiłam ominąć osoby biegnące ze mną w jednej kolumnie i nie wpaść na nie. Pamiętam , że w biegu na kilometr nie przekroczyłam czasu 6 minut. Biegnąc czułam się komfortowo, gdyż na torze poza rówieśnikami nie mijałam żadnych przeszkód. Łatwo było mi rozpoznać biegnące obok mnie koleżanki, gdyż podczas lekcji wszystkich  obowiązywał jednolity strój - czarne lub granatowe spodenki oraz biała koszulka. W słoneczne dni biała bluzka zlewała się z otoczeniem, ale ciemne spodenki były już bardziej widoczne. Dzięki temu mogłam swobodnie biegać pomiędzy koleżankami nie obawiając się, że którąś z nich staranuję.
O ile biegi na długie dystanse lubiłam, o tyle nie   przepadałam za krótkimi sprintami na 60 metrów. Miałam poczucie, że zanim wstanę z bieżni mija więcej czasu niż przebiegając cały dystans. Zawsze biegałyśmy we dwie na raz i z tego, co pamiętam w tej konkurencji z reguły przegrywałam.
Kolejną aktywnością na szkolnym boisku był skok w dal. Tego typu ćwiczeń też nie lubiłam. Nie dlatego, że nie umiałam skakać lub, nie widziałam dobrze przestrzeni, ale dlatego, że skacząc w dal do butów nasypywało mi się dużo piasku, który wbijał się w skarpetki i tworzył swoisty peeling dla stóp. Zdecydowanie tego nie lubiłam. Jednak z przyczyn czysto prozaicznych, jak zdobycie oceny pozytywnej ze skoku w dal musiałam przecierpieć tą konkurencję.
Pewnie większość z Was pomyśli, że jestem pedantyczna i nawet piasek w butach mi przeszkadza. Nic bardziej mylnego, nie należę do osób o skłonnościach pedantycznych, ale jak każdy z nas mam swoje wariactwa, które mi przeszkadzają w swobodnym wykonywaniu pewnych sportów. Więcej o tym będziecie mogli przeczytać już za tydzień w kolejnym wpisie.

czwartek, 14 marca 2019

Matematyka w trójwymiarze "Świadoma niepełnosprawność" #20

Matematyka jest uznawana za jeden z trudniejszych przedmiotów szkolnych. Dla mnie również kryła wiele tajemnic, których nie potrafię poznać do dziś.
W szkole podstawowej oraz gimnazjum mieliśmy tą samą Panią uczącą matematyki. Był to bardzo dobry nauczyciel, wymagający, konsekwentny oraz sprawiedliwy. Lekcje matematyki wyglądały tak, że pani prezentowała nowy materiał na tablicy oraz podawała kilka przykładów. Uczniom z niepełnosprawnością towarzyszył nauczyciel wspomagający. Pomagał on w zapisywaniu notatek z tablicy. Jego rolą było głównie dyktowanie treści zawartych na tablicy a czasami jeżeli ich nie rozumiałam, nauczyciel tłumaczył mi je ponownie. Notatki prowadziłam w zeszycie A4 pisząc grubym flamastrem.
Nie miałam większych kłopotów z wykonywaniem obliczeń i równań. Wyzwaniem dla mnie była geometria, która wymagała wyobraźni przestrzennej. Na to też znalazłyśmy z Panią sposób. W sali szkolnej do dyspozycji mieliśmy gotowe modele figur przestrzennych, takich jak: sześcian, stożek, czy walec. Na modelach zaznaczone były także przekątne, które dzieliły figury najczęściej na trójkąty. Dzięki temu, że mogłam się na żywo poprzyglądać jak wyglądają dane figury, nie miałam problemu, aby rozwiązywać zadania oraz obliczenia związane z geometrią przestrzenną. Z moich doświadczeń wynika, że osoby z dysfunkcją narządu wzroku mogą sobie dobrze radzić z wykonywaniem obliczeń matematycznych, jeżeli tylko otrzymają potrzebne wskazówki. Myślę, że w nauczaniu osób z dysfunkcją narządu wzroku ważne są pomoce naukowe oparte na eksploracji dotykiem.