Przygotowując ten wpis postanowiłam przybliżyć Wam materiały dydaktyczne, z których niegdyś korzystałam w szkole. Zacznijmy od zeszytów. Nie były to powszechne skoroszyty, z których korzystali moi koledzy, a specjalnie przystosowane do potrzeb osób słabowidzących notatniki. Zakupić je można było jedynie w oddziale Polskiego Związku Niewidomych
(PZN). Charakteryzowały się powiększonymi i pogrubionymi liniami bądź kratką. W zeszytach pisałam najczęściej mazakiem w kolorze czarnym. Do nauki muzyki służył specjalny zeszyt w pięciolinie. Do dyspozycji miałam również szkło powiększające. Jeśli chodzi o podręczniki oraz zeszyty ćwiczeń, mama specjalnie je powiększała w punkcie ksero do rozmiarów A3. Jak można się domyślić byłam otoczona stosem skserowanych książek z różnych przedmiotów. Aby wprowadzić porządek mama zakupiła mi teczki A3, które mieściły moje maxi podręczniki. Były opatrzone naklejkami z oznaczeniem właściciela oraz przedmiotu. Teczki przechowywane były na co dzień w klasie.
Z uwagi na rodzaj placówki, do której uczęszczałam, czyli szkoły integracyjnej, podczas zajęć lekcyjnych towarzyszył mi zazwyczaj nauczyciel wspomagający. Jego rolą było wspieranie uczniów z niepełnosprawnościami. Najczęściej prosiłam o przeczytanie jakiegoś tekstu z tablicy, czy polecenia do zadania w książce. W razie potrzeby nauczyciel wyjaśniał ponownie materiał omówiony podczas lekcji. Warto zaznaczyć, że nauczyciele wspomagający mieli ukończone studia nie tylko z pedagogiki specjalnej, ale także z przedmiotów, podczas których nieśli pomoc uczniom z niepełnosprawnościami.
Moja mama była w stałym kontakcie z nauczycielami i gdy tylko zdarzały się jakieś kłopoty od razu Panie informowały mamę. Panie uprzedzały mnie, gdy kończyły się skserowane fragmenty podręczników. Mama ponownie udawała się do ulubionego punktu ksero i uzupełniała brakujące części. Następnie zanosiłam je do szkoły a Panie pomagały mi je odłożyć do odpowiednich teczek XXL.
W związku z moją wadą wzroku większość materiałów dydaktycznych musiała być dostosowana wielkością do moich potrzeb, stąd uznałam, że moja nauka miała rozmiar XXL. Jednak dzięki temu mogłam uczyć się tak, jak moi koledzy i koleżanki.
czwartek, 31 stycznia 2019
czwartek, 24 stycznia 2019
Urodziny z Fantazją "Świadoma niepełnosprawność" #13
W klasie pierwszej szkoły podstawowej rodzice często organizowali urodziny swoich pociech w Centrum Zabaw zwanym "Fantazją". Był to duży budynek, w którym dla dzieci w różnym wieku dostępne były zjeżdżalnie, baseny z kulkami oraz inne atrakcje. Pamiętam, że w moje 8. urodziny rodzice zorganizowali mi fantastyczną imprezę, na której bawiła się cała moja klasa. Do dyspozycji mieliśmy salę, w której przygotowany był poczęstunek oraz tort, a w ogólnej sali zabaw odbywało się prawdziwe szaleństwo. Jako dziecko świetnie bawiłam się na zjeżdżalniach. Uwielbiałam to. Nie przepadałam zaś za kąpaniem się w basenie z kulkami. Miałam wrażenie, że wchodząc do niego nigdy nie wydostanę się na zewnątrz. Atrakcją, która przykuwała największą uwagę była żywa maskotka wędrująca po sali. Zazwyczaj przypominała ona postać z bajki znanej dzieciom. W tamtym czasie po sali przechadzał się lew. Pamiętam, że gdy go zobaczyłam przeraziłam się, bo zmierzał w moją stronę. Był wielki na dwa metry. Po ujrzeniu lwa pobiegłam od razu z krzykiem do mamy, która wyjaśniła mi całą sytuację. Jako dziecko z wadą wzroku nie wiedziałam, że to nie prawdziwy zły lew, a wysoki Pan za niego przebrany, który wędruje po sali i zaczepia dzieci, aby zrobić sobie z nimi zdjęcie. Od tamtej pory nie bałam się już żywych maskotek. Podczas urodzin starałam się bawić ze wszystkimi dziećmi. Było to jednak trudne...
Jednym z moich problemów, który towarzyszy mi do dziś jest niemożność odnalezienia konkretnej osoby wśród tłumu oraz w dużej lub otwartej przestrzeni. Podczas imprezy urodzinowej nie mogłam bawić się ze wszystkimi, bo najzwyczajniej nie byłam w stanie ich odnaleźć. Często poznawałam znajomych z klasy po głosie. Myślę, że jako dziecko wstydziłam się bardzo swojej wady wzroku i chciałam funkcjonować jako zdrowe i "normalne" dziecko. Często towarzyszyło mi poczucie winy za swoją chorobę.
Z perspektywy czasu, gdy jestem dorosłą osobą nie uznaję mojej wady wzroku jako podstawy do wstydu, ale jako chorobę, z którą przyszło mi żyć. Nie uważam też, że powinnam być specjalnie wyizolowana z życia społecznego z tytułu niepełnosprawności wzrokowej. Obecnie podczas dużych imprez podchodzę do danej osoby i proszę aby zaprowadziła mnie do kogoś, kogo aktualnie poszukuje. Ta metoda usprawnia moje funkcjonowanie na uroczystościach. Nie czuję się winna, gdy kogoś z rodziny nie dostrzegam, mijam, nie mówiąc Mu "dzień dobry". Jest to uzasadnione poważnymi dolegliwościami oczu. Myślę, że osoby z mojego otoczenia to rozumieją, ponieważ na co dzień jestem komunikatywną i otwartą osobą i nie zmieniam swojego usposobienia podczas dużych imprez czy wesel na niemiłą, zarozumiałą księżniczkę, która mija ludzi i nie wita się z nimi .
Inspiracją do przygotowania tego wpisu była rozmowa, którą odbyłam niedawno z moją przyjaciółką, także cierpiącą na chorobę oczu. Towarzyszą jej podobne problemy z odszukiwaniem poszczególnych osób w tłumie oraz nie witaniem się z nimi. Warto podkreślić, że nie zawsze osoby z bliskiego bądź dalszego otoczenia są tak empatyczne i rozumieją nasze zachowanie wynikające z niepełnosprawności wzrokowej, a nie z antypatii. Wówczas przed nami spore wyzwanie uświadomienia rodzinie, na czym tak naprawdę polega nasza wada wzroku.
Jednym z moich problemów, który towarzyszy mi do dziś jest niemożność odnalezienia konkretnej osoby wśród tłumu oraz w dużej lub otwartej przestrzeni. Podczas imprezy urodzinowej nie mogłam bawić się ze wszystkimi, bo najzwyczajniej nie byłam w stanie ich odnaleźć. Często poznawałam znajomych z klasy po głosie. Myślę, że jako dziecko wstydziłam się bardzo swojej wady wzroku i chciałam funkcjonować jako zdrowe i "normalne" dziecko. Często towarzyszyło mi poczucie winy za swoją chorobę.
Z perspektywy czasu, gdy jestem dorosłą osobą nie uznaję mojej wady wzroku jako podstawy do wstydu, ale jako chorobę, z którą przyszło mi żyć. Nie uważam też, że powinnam być specjalnie wyizolowana z życia społecznego z tytułu niepełnosprawności wzrokowej. Obecnie podczas dużych imprez podchodzę do danej osoby i proszę aby zaprowadziła mnie do kogoś, kogo aktualnie poszukuje. Ta metoda usprawnia moje funkcjonowanie na uroczystościach. Nie czuję się winna, gdy kogoś z rodziny nie dostrzegam, mijam, nie mówiąc Mu "dzień dobry". Jest to uzasadnione poważnymi dolegliwościami oczu. Myślę, że osoby z mojego otoczenia to rozumieją, ponieważ na co dzień jestem komunikatywną i otwartą osobą i nie zmieniam swojego usposobienia podczas dużych imprez czy wesel na niemiłą, zarozumiałą księżniczkę, która mija ludzi i nie wita się z nimi .
Inspiracją do przygotowania tego wpisu była rozmowa, którą odbyłam niedawno z moją przyjaciółką, także cierpiącą na chorobę oczu. Towarzyszą jej podobne problemy z odszukiwaniem poszczególnych osób w tłumie oraz nie witaniem się z nimi. Warto podkreślić, że nie zawsze osoby z bliskiego bądź dalszego otoczenia są tak empatyczne i rozumieją nasze zachowanie wynikające z niepełnosprawności wzrokowej, a nie z antypatii. Wówczas przed nami spore wyzwanie uświadomienia rodzinie, na czym tak naprawdę polega nasza wada wzroku.
czwartek, 17 stycznia 2019
Na straganie... "Świadoma niepełnosprawność" #12
W klasie pierwszej, gdy poznaliśmy już wszystkie literki nadszedł czas na ich utrwalenie poprzez czytanie krótkich tekstów. Do nauki czytania służyły nam podręczniki szkolne. Moja klasa korzystała z książek o tytule: "Wesoła szkoła". Zestaw składał się z czterech części na jesień, zimę, wiosnę i lato. W każdym podręczniku zawarte były informacje na temat konkretnej pory roku. We wrześniu uczyliśmy się o wrzosach, w październiku o kasztanach, w styczniu o przebiśniegach, a w maju o bzie i konwaliach. Podręczniki były bardzo ciekawe i dobrze zilustrowane. Jako dziecko miałam jeszcze na tyle dobry wzrok, że potrafiłam (prawie wsadzając nos w książkę) przeczytać wierszyk. Oczywiście czcionka w książeczce była powiększona. Teraz mogę ocenić jej wielkość na około 20 punktów.
Pewnego dnia Pani oznajmiła, że za kilka dni będzie nas prosiła o przeczytanie na ocenę wierszyka Jana Brzechwy pt.: "Na straganie". Pamiętam, że bardzo skrupulatnie przyłożyłam się do tego zadania. Co wieczór czytałam wierszyk, aby pozytywnie wypaść w klasie. Po kilku dniach nie miałam problemu z czytaniem wiersza, bo znałam go już na pamięć. Podczas odpytywania w klasie otrzymałam najwyższą ocenę. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że w klasie pierwszej nie mieliśmy ocen w skali od 1 do 6, ale słowne oceny, takie jak: "wspaniale", "bardzo ładnie", "dobrze", "poćwicz". Oceny słowne mogły odpowiadać standardom cyfr kolejno od 5 do 2.
Pamiętam, że jako dziecko byłam bardzo chłonna wiedzy i chętnie się uczyłam, ale nie zawsze byłam zdobywcą najwyższych ocen. O mojej największej wpadce będziecie mogli przeczytać w jednym z kolejnych wpisów.
Dla zainteresowanych poniżej umieszczę link do wiersza , o którym mowa we wpisie:
https://www.youtube.com/watch?v=2t-cslxPlV8
Pewnego dnia Pani oznajmiła, że za kilka dni będzie nas prosiła o przeczytanie na ocenę wierszyka Jana Brzechwy pt.: "Na straganie". Pamiętam, że bardzo skrupulatnie przyłożyłam się do tego zadania. Co wieczór czytałam wierszyk, aby pozytywnie wypaść w klasie. Po kilku dniach nie miałam problemu z czytaniem wiersza, bo znałam go już na pamięć. Podczas odpytywania w klasie otrzymałam najwyższą ocenę. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że w klasie pierwszej nie mieliśmy ocen w skali od 1 do 6, ale słowne oceny, takie jak: "wspaniale", "bardzo ładnie", "dobrze", "poćwicz". Oceny słowne mogły odpowiadać standardom cyfr kolejno od 5 do 2.
Pamiętam, że jako dziecko byłam bardzo chłonna wiedzy i chętnie się uczyłam, ale nie zawsze byłam zdobywcą najwyższych ocen. O mojej największej wpadce będziecie mogli przeczytać w jednym z kolejnych wpisów.
Dla zainteresowanych poniżej umieszczę link do wiersza , o którym mowa we wpisie:
https://www.youtube.com/watch?v=2t-cslxPlV8
czwartek, 10 stycznia 2019
Wybór pierwszej szkoły "Świadoma niepełnosprawność" #11
Po rocznej przerwie w edukacji przyszedł czas na pójście do zerówki. Wybór szkoły w odniesieniu do mojej niepełnosprawności nie był prosty.W celu uzyskania niezbędnej dokumentacji potrzebna była konsultacja w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Mama udała się do niej. Panie zasugerowały, aby posłać mnie do Szkoły dla osób niewidomych i słabowidzących w Laskach niedaleko Warszawy. Krok ten wymagałby jednak zamieszkania w internacie, ponieważ nasze miejsce zamieszkania mieści się ponad 100 km od Warszawy. Perspektywa posłania mnie na kilka lat do szkoły na drugim krańcu województwa przeraziła moją mamę. Mimo wszystko chciała abym miała godne warunki nauki oraz dostosowanie metod do moich możliwości i potrzeb, dlatego też postanowiła szukać dalej szkoły dla mnie. Szczęśliwie okazało się, że w miejscu mojego zamieszkania znajduje się szkoła integracyjna, która umożliwia naukę uczniom z niepełnosprawnościami.Po przejściu rekrutacji, dostałam się do szkoły.
Nie był to dla mnie stresujący czas, ponieważ po rocznym wypoczynku w domu nie mogłam się doczekać pierwszego dnia w szkole. Etap ten traktowałam jako kolejną fantastyczną przygodę. Z tego, co pamiętam w pierwszych dniach nowego roku szkolnego moi rówieśnicy z zerówki miewali problemy z adaptacją do nowej sytuacji a co za tym szło byli rozdrażnieni, płaczliwi oraz z trudem rozstawali się z rodzicami. Ze mną było zupełnie inaczej, od pierwszych chwil w szkole czułam, że jest to bardzo niezwykłe miejsce, w którym będę mogła dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Moja postawa mogła wynikać z tego, że już wcześniej uczęszczałam do przedszkola i byłam oswojona z brakiem obecności rodziców przez kilka godzin dziennie.
Pierwsze dni w zerówce wspominam mile. Często siedzieliśmy całą klasą w kółeczku bawiąc się np. w "chodzi lisek koło drogi" lub "mam chusteczkę haftowaną". W sali umieszczone były niewysokie stoliki dla 4 osób oraz krzesełka. Każdy posiadał także swoje miejsce w szafkach, z którymi wiąże się ciekawa opowiastka. Jedną z metod wychowawczych w zerówce była metoda wzmocnień pozytywnych i negatywnych. Dzieci na swoich szafkach przyklejały wręczane przez Panią kolorowe buźki. Za pozytywne zachowanie otrzymywały żółte, za nieco gorsze czerwone, natomiast czarna buźka była symbolem naprawdę niepokornego zachowania wymagającego natychmiastowej poprawy. W sali mieliśmy także kącik doświadczeń, gdzie obserwowaliśmy jak wzrasta zasiana przez nas rzeżucha oraz co dzieje się z zakiszonymi w słoiku ogórkami. Oprócz eksperymentów i zabaw odbywały się również zajęcia z języka angielskiego, religii oraz z gimnastyki. Moim zdaniem nie miałam większych kłopotów z nauką, ponieważ jak pamiętacie przed pójściem do szkoły znałam już literki.
Jeśli chodzi o radzenie sobie z wypełnianiem ćwiczeń w podręcznikach również nie było problemu, ponieważ była druga Pani, która pomagała dzieciom z niepełnosprawnością w czynnościach, z którymi sobie nie radziły, poza tym moja mama starała się powiększać mi w punkcie ksero książki z formatu strony A4 do A3. Dzięki temu literki i obrazki umieszczone w książkach były dla mnie bardziej widoczne.
Pierwszy rok w szkole minął i rozpoczęłam naukę w klasach I-III. Więcej o tym będziecie mogli przeczytać w kolejnym wpisie, na który już teraz serdecznie zapraszam.
Nie był to dla mnie stresujący czas, ponieważ po rocznym wypoczynku w domu nie mogłam się doczekać pierwszego dnia w szkole. Etap ten traktowałam jako kolejną fantastyczną przygodę. Z tego, co pamiętam w pierwszych dniach nowego roku szkolnego moi rówieśnicy z zerówki miewali problemy z adaptacją do nowej sytuacji a co za tym szło byli rozdrażnieni, płaczliwi oraz z trudem rozstawali się z rodzicami. Ze mną było zupełnie inaczej, od pierwszych chwil w szkole czułam, że jest to bardzo niezwykłe miejsce, w którym będę mogła dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Moja postawa mogła wynikać z tego, że już wcześniej uczęszczałam do przedszkola i byłam oswojona z brakiem obecności rodziców przez kilka godzin dziennie.
Pierwsze dni w zerówce wspominam mile. Często siedzieliśmy całą klasą w kółeczku bawiąc się np. w "chodzi lisek koło drogi" lub "mam chusteczkę haftowaną". W sali umieszczone były niewysokie stoliki dla 4 osób oraz krzesełka. Każdy posiadał także swoje miejsce w szafkach, z którymi wiąże się ciekawa opowiastka. Jedną z metod wychowawczych w zerówce była metoda wzmocnień pozytywnych i negatywnych. Dzieci na swoich szafkach przyklejały wręczane przez Panią kolorowe buźki. Za pozytywne zachowanie otrzymywały żółte, za nieco gorsze czerwone, natomiast czarna buźka była symbolem naprawdę niepokornego zachowania wymagającego natychmiastowej poprawy. W sali mieliśmy także kącik doświadczeń, gdzie obserwowaliśmy jak wzrasta zasiana przez nas rzeżucha oraz co dzieje się z zakiszonymi w słoiku ogórkami. Oprócz eksperymentów i zabaw odbywały się również zajęcia z języka angielskiego, religii oraz z gimnastyki. Moim zdaniem nie miałam większych kłopotów z nauką, ponieważ jak pamiętacie przed pójściem do szkoły znałam już literki.
Jeśli chodzi o radzenie sobie z wypełnianiem ćwiczeń w podręcznikach również nie było problemu, ponieważ była druga Pani, która pomagała dzieciom z niepełnosprawnością w czynnościach, z którymi sobie nie radziły, poza tym moja mama starała się powiększać mi w punkcie ksero książki z formatu strony A4 do A3. Dzięki temu literki i obrazki umieszczone w książkach były dla mnie bardziej widoczne.
Pierwszy rok w szkole minął i rozpoczęłam naukę w klasach I-III. Więcej o tym będziecie mogli przeczytać w kolejnym wpisie, na który już teraz serdecznie zapraszam.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)