W klasie pierwszej szkoły podstawowej rodzice często organizowali urodziny swoich pociech w Centrum Zabaw zwanym "Fantazją". Był to duży budynek, w którym dla dzieci w różnym wieku dostępne były zjeżdżalnie, baseny z kulkami oraz inne atrakcje. Pamiętam, że w moje 8. urodziny rodzice zorganizowali mi fantastyczną imprezę, na której bawiła się cała moja klasa. Do dyspozycji mieliśmy salę, w której przygotowany był poczęstunek oraz tort, a w ogólnej sali zabaw odbywało się prawdziwe szaleństwo. Jako dziecko świetnie bawiłam się na zjeżdżalniach. Uwielbiałam to. Nie przepadałam zaś za kąpaniem się w basenie z kulkami. Miałam wrażenie, że wchodząc do niego nigdy nie wydostanę się na zewnątrz. Atrakcją, która przykuwała największą uwagę była żywa maskotka wędrująca po sali. Zazwyczaj przypominała ona postać z bajki znanej dzieciom. W tamtym czasie po sali przechadzał się lew. Pamiętam, że gdy go zobaczyłam przeraziłam się, bo zmierzał w moją stronę. Był wielki na dwa metry. Po ujrzeniu lwa pobiegłam od razu z krzykiem do mamy, która wyjaśniła mi całą sytuację. Jako dziecko z wadą wzroku nie wiedziałam, że to nie prawdziwy zły lew, a wysoki Pan za niego przebrany, który wędruje po sali i zaczepia dzieci, aby zrobić sobie z nimi zdjęcie. Od tamtej pory nie bałam się już żywych maskotek. Podczas urodzin starałam się bawić ze wszystkimi dziećmi. Było to jednak trudne...
Jednym z moich problemów, który towarzyszy mi do dziś jest niemożność odnalezienia konkretnej osoby wśród tłumu oraz w dużej lub otwartej przestrzeni. Podczas imprezy urodzinowej nie mogłam bawić się ze wszystkimi, bo najzwyczajniej nie byłam w stanie ich odnaleźć. Często poznawałam znajomych z klasy po głosie. Myślę, że jako dziecko wstydziłam się bardzo swojej wady wzroku i chciałam funkcjonować jako zdrowe i "normalne" dziecko. Często towarzyszyło mi poczucie winy za swoją chorobę.
Z perspektywy czasu, gdy jestem dorosłą osobą nie uznaję mojej wady wzroku jako podstawy do wstydu, ale jako chorobę, z którą przyszło mi żyć. Nie uważam też, że powinnam być specjalnie wyizolowana z życia społecznego z tytułu niepełnosprawności wzrokowej. Obecnie podczas dużych imprez podchodzę do danej osoby i proszę aby zaprowadziła mnie do kogoś, kogo aktualnie poszukuje. Ta metoda usprawnia moje funkcjonowanie na uroczystościach. Nie czuję się winna, gdy kogoś z rodziny nie dostrzegam, mijam, nie mówiąc Mu "dzień dobry". Jest to uzasadnione poważnymi dolegliwościami oczu. Myślę, że osoby z mojego otoczenia to rozumieją, ponieważ na co dzień jestem komunikatywną i otwartą osobą i nie zmieniam swojego usposobienia podczas dużych imprez czy wesel na niemiłą, zarozumiałą księżniczkę, która mija ludzi i nie wita się z nimi .
Inspiracją do przygotowania tego wpisu była rozmowa, którą odbyłam niedawno z moją przyjaciółką, także cierpiącą na chorobę oczu. Towarzyszą jej podobne problemy z odszukiwaniem poszczególnych osób w tłumie oraz nie witaniem się z nimi. Warto podkreślić, że nie zawsze osoby z bliskiego bądź dalszego otoczenia są tak empatyczne i rozumieją nasze zachowanie wynikające z niepełnosprawności wzrokowej, a nie z antypatii. Wówczas przed nami spore wyzwanie uświadomienia rodzinie, na czym tak naprawdę polega nasza wada wzroku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz